Recenzja SMX Sanshu (SMX Nougat Tactile)

Ostatni raz kontakt z klawiaturami marki SMX miałem naprawdę dawno temu, gdy jeszcze pracowałem w Tabletowo. Wówczas nazywała się ona jeszcze Silver Monkey X, ale obecnie ewidentnie częściej forsowana jest skrócona wersja. Za producentem tym stoi popularny polski sklep z elektroniką, czyli x-kom, zaś najnowszy dodatek do portfolio prezentuje się na pierwszy rzut oka jak naprawdę przemyślany, dopasowany do wymagań obecnych klientów, sprzęt. Mowa oczywiście o gościu dzisiejszej recenzji, czyli SMX Sanshu na przełącznikach Nougat. Z nowych produktów dostępna jest też Kishu, ale osobiście nie przepadam za formatem w jakim ta została wykonana, więc naturalnym dla mnie wyborem było wzięcie na testy większej, Sanshu. Swoją drogą wydawanie przez sklepy swoich linii produktów jest zjawiskiem stosunkowo świeżym na polskim rynku, a przynajmniej w tej domenie – peryferiach. To prawda, tacy hegemoni jak RTV EURO AGD czy Media Expert mają swoje brandy i sprzedają kable czy ładowarki z ich logiem, ale klawiatury wycelowane w bardzo konkretnego odbiorcę? Zjawisko to jest dużo popularniejsze zagranicą, a u nas w zasadzie chyba tylko Komputronik ze swoją California Access (Boże jedyny, co za durna nazwa) robi coś podobnego do x-komu. Jednak już bez dalszego owijania przejdźmy sprawnie do faktycznej części tekstu i sprawdźmy czy SMX Sanshu okazała się tak dobrym sprzętem, jak wypada w teorii, na papierze. Zapraszam do lektury!

SMX Sanshu

Opakowanie

Klawiatury tego typu, jak ta będąca dzisiejszym gościem, są sprzętem raczej kierowanym do klienta internetowego – nie muszą zatem mieć wyjątkowo rzucającego się w oczy kartonu. Niemniej x-kom posiada swoje sklepy stacjonarne, a co za tym idzie SMX Sanshu powinna być w nich eksponowana na tyle dobrze żeby klienci byli w stanie dostrzec ją swoim wzrokiem i prędko popędzić z pudełkiem do kasy, oczywiście ówcześnie czytając co na opakowaniu się znajduje i chłonąc w ten sposób wszystkie najważniejsze dane. Czarne pudełko może zatem zdawać się złym pomysłem, lecz poza tym ciemnym tłem na froncie znajdziemy kolorowy nadruk prezentujący skrywające się wewnątrz urządzenie w akompaniamencie czerwonych wzorków. Po jego lewej stronie widnieje logo producenta, nazwa modelu i trzy kluczowe cechy – hot-swap, gasket mount i konfigurator przeglądarkowy. Po prawej są z kolei dwa emblematy, których dodawanie jest swoistą tradycją u producentów sprzętu gamingowego, informujące o obecności podświetlenia RGB oraz przełączników SMX Nougat Tactile. Rewers jest natomiast wyjątkowo smutny, gdyż nie ma tam absolutnie nic. Tak: czarne tło, kod kreskowy, tekst „klawiatura mechaniczna” w dwunastu językach i adres siedziby marki, to wszystko co tam znajdziemy. Brakuje mi tu trochę jakiejś specyfikacji, nawet takiej prostej; ale może oszczędność na opakowaniu daje nam lepsze wnętrze 😉

Akcesoria

Po otworzeniu pudełka naszym oczom ukazuje się naturalnie sama klawiatura, ale także dosyć bogaty pakiet akcesoriów. Są to:

  • opleciony przewód USB-C do USB-A z kątową złączką,
  • narzędzie keycap puller i switch puller w jednym,
  • kilka nakładek akcentujących w kolorze pomarańczowym,
  • cztery zapasowe pianki,
  • klucz imbusowy,
  • papierologia.

Fajnie że kabel jest zwinięty na rzep, dzięki czemu łatwo go przechowywać gdy nie jest użytkowany, ale dlaczego zawiera kątowe złącze typu C, skoro sama klawiatura ma ów port na tyle obudowy? Wygląda to jak jakieś nieporozumienie, błąd lub zmiana projektu. Sam oplot to miły gest, ale szkoda że jest czarny – w końcu samo urządzenie nie zawiera tej barwy, więc wygląda to nieco dziwnie po podpięciu. Narzędzie do wyciągania nakładek jest druciane, więc nie uszkodzimy nim niczego, zaś to do przełączników używa się z akceptowalnym poziomem wygody przez wykonanie go z grubej blachy. Gratisowe pianki służą do uszczelkowego montażu wykorzystanego w SMX Sanshu i są naprawdę miłym gestem, bo podczas modyfikowania można po prostu coś zepsuć i byłoby przykro gdyby zabrakło nam przez to gasketa. Imbus jest zaś jasną informacją, że możemy swobodnie otwierać to urządzenie bez utraty przy tym gwarancji, co także pokazuje jak daleką drogę zaszliśmy w świecie klawiatur mechanicznych. Bonusowe nakładki pozwalają z kolei na ożywienie domyślnej formy Sanshu poprzez dołożenie jej trochę kolorytu, a do tego nie zawierają żadnych durnych nadruków, tylko standardowe legendy.

Wygląd

Ostatnie lata opiewają we wzrost zainteresowania sprzętem retro lub chociaż go przypominającym. Gdzie nie spojrzę, ludzie wracają do urządzeń służących do konkretnych zadań (np. aparat fotograficzny, telefon z klapką czy iPod), rośnie popularność winyli, płyt kompaktowych i kaset, a także chociażby konsol pokroju GameBoy. Na temat tego dlaczego tak się dzieje możnaby się rozwodzić godzinami, ale dzisiaj nie będziemy tego robić. Nie przytaczam jednak takiej obserwacji bez powodu, bowiem testowana dzisiaj SMX Sanshu bezpośrednio stara się nawiązywać do dawnych dziejów, gdy klawiatury były beżowe, a ich nakładki obłe. Widać to natychmiast, już na pierwszy rzut oka – calutkie urządzenie ma barwę kojarzoną z zeszłym wiekiem i klawiaturami wówczas produkowanymi. Nie jest to jednak taki beż jak wtedy, a zamiast tego coś bardziej zbliżonego do szarości – co szczególnie uwidaczniają kompletnie niebeżowe modyfikatory oraz grafitowe akcenty. Kształt obudowy nie jest urzymany w podobnej stylistyce, bowiem zamiast wszechobecnych obłości dostajemy zaokrąglone rogi i.. tyle. Powierzchnia jest płaska z każdej możliwej strony, ranty stosunkowo ostre bez żadnych frezów czy łagodnych zagięć, a ramki dookoła klawiszy prawie idealnie symetryczne (bowiem ta dolna jest nieco grubsza, przez wzgląd na odstające strzałki). Ponadto nie są one tak grube jak kiedyś, zamiast tego starając się utrzymać Sanshu we w miarę kompaktowej formie.

Pisząc o tej płaskości każdego boku trochę skłamałem, bo wystarczy rzut na profil recenzowanego urządzenia żeby dostrzec wcięcie służące do łatwego złapania go w przypadku chęci przeniesienia go w inne miejsce. Podobny zabieg producent wykonał na tyle, lecz tam wcięcie ma za zadanie wskazać wyśrodkowane złącze USB-C, tak żebyśmy wiedzieli gdzie się ono znajduje i zawsze celnie w nie trafiali. Na spodzie korpusu znajdziemy pięć sensownie rozlokowanych gumek antypoślizgowych w identycznym kolorze co reszta klawiatury, ogromną i niestety czarną (to znaczy mogła być beżowa, dlatego niestety) naklejkę z numerem seryjnym oraz ciekawie wyglądający zarys, tak jakby na adapter 2,4 GHz. Widać zatem, że SMX albo chciało pierwotnie dać nam tutaj bezprzewodowość, ale finalnie z niej zrezygnowało, albo za pewien czas dostaniemy odświeżony model w tej samej obudowie, lecz z akumulatorem w jej środku. Płaską powierzchnię naruszają także dwa łagodnie zejścia przy frontowej krawędzi, mające rolę wyłącznie estetyczną o wątpliwym sensie. Widać tu także osiem otworów, w których środku świecą się śrubki o główkach korespondujących z imbusem dołączonym w zestawie. Jejku, jak miło zobaczyć dbanie o klienta chcącego modyfikować klawiaturę na własną rękę i brak blokad dostępu do jej wnętrza jakimiś durnymi zatrzaskami czy poukrywanymi pod keycapami śrubami.

Jedyny logotyp SMX dostrzeżemy na froncie korpusu, a konkretnie przy prawej krawędzi, i o ile nie podoba mi się jego obecność w tak widocznym miejscu, o tyle jest ono na tyle małe, że nawet nie zwracałem na nie szczególnie uwagi podczas testów – choć kontrastowy kolor użyty do naniesienia go na powierzchnię trochę mnie irytuje. W prawym górnym rogu znalazło się z kolei miejsce na pokrętło do regulowania głośności w systemie, za co należy się pochwała. Zawsze lubię takie dodatki, bo czynią one klawiaturę dużo przyjemniejszą w użytkowaniu, tym bardziej jeżeli mamy możliwość ustawienia dowolnego działania dla takiego enkodera. W przerwie pomiędzy sekcją alfanumeryczną, a NumPadem, producent umieścił zaś lampki kontrolne świecące na perfekcyjnie pasującą do reszty barwę białą, z malutkimi nadrukami tuż obok nich. Pierwsza rzecz jasna informuje nas o włączeniu NumLocka, druga o CapsLocku, zaś trzecia z piorunem… chyba nie powinna być tutaj obecna. To znaczy ja rozumiem, że ma ona oznaczać podpięcie do zasilania, ale przecież Sanshu nie wspiera pracy bezprzewodowej. Czyżby kolejna wskazówka, że celem oszczędzenia na produkcji SMX używa identycznego urządzenia, które w niedalekiej przyszłości chce doposażyć w odbiornik Bluetooth i 2,4 GHz?

Warto wspomnieć, że dostępna do zakupu jest również wersja czarna z szarymi modyfikatorami, ale osobiście nie widzę powodu żeby ją kupować. To znaczy rozumiem, są osoby z ciemnymi stanowiskami, którym taka klawiatura będzie bardziej pasować, ale SMX Sanshu najlepiej prezentuje się w mojej opinii dzierżąc właśnie ten retro wygląd. Do tego możemy dorzucić też pomarańczowe ancenty zamiast tych fabrycznie zamontowanych, co wcale nie wygląda jakoś tragicznie, ale osobiście zrobiłem to tylko na moment i prędko wróciłem do domyślnych, grafitowych. Szkoda przy tym, że nie dostajemy w zestawie tych kilku nakładek w kolorze pozostałych modyfikatorów, dzięki którym moglibyśmy jeszcze bardziej spotęgować ten vintage vibe. Choć jestem pewien, że niejeden z Was aktualnie się śmieje, bo kładąc Sanshu obok prawdziwej retro klawiatury różnią się one diametralnie – cóż, dla mnie przedmiot dzisiejszego tekstu jest ładnym hołdem dla dawnych dziejów, przy okazji nie oszczędzającym na nowoczesnych rozwiązaniach 😉

Wykonanie

Przy stosunkowo niskim budżecie na klawiaturę należy spodziewać się, że znaczna większość opcji, szczególnie tych dostępnych u polskich dystrybutorów, oferuje wyłącznie plastikowy korpus. Coraz częściej zdarza się jednak, że w tym budżecie dostajemy także płytę montażową z tworzywa sztucznego, co ma uczynić wrażenia z użytkowania nieco giętszymi niż w standardowych konstrukcjach opartych o stalowy bądź aluminiowy usztywniacz. Efektem w SMX Sanshu jest więc stosunkowo niska waga jak na ten rozmiar (zaledwie 999 gramów, co i tak jest wartością podbitą przez wypełniacze), ale też zauważalny brak sztywności – wystarczy bowiem wcisnąć obudowę w dowolnym miejscu lub po prostu wziąć całe urządzenie do rąk i zacząć je wyginać, a plastik od razu da się we znaki. Realnie nie doświadczyłem jednak sytuacji podczas standardowego użytkowania żeby w jakikolwiek sposób mi to przeszkadzało. Samo wykończenie nie stanowi natomiast słabego ogniwa, bowiem nie dostrzeżemy w nim żadnych nierówności ani niedociągnięć, a jego tekstura jest przyjemnie gładka pod palcem, dzięki czemu nie zbiera aż tak brudu i smug.

Dołączony w pakiecie z klawiaturą śrubokręcik imbusowy pozwala nam na dostanie się do środka obudowy poprzez wykręcenie ośmiu pokolorowanych na złoto śrub. To miły gest na dwóch płaszczyznach, bowiem nie tylko możemy otworzyć SMX Sanshu z łatwością, to znaczy bez walki z zatrzaskami, ale także producent daje nam jasno do zrozumienia, że dopóki nic nie popsujemy to możemy do woli grzebać w środku, nie tracąc przy tym gwarancji. Tuż po odkręceniu śrubek (swoją drogą wkręcanych w mosiężne wstawki zatopione w korpusie, zamiast bezpośrednio w plastik – ogromny atut dla żywotności urządzenia) możemy swobodnie oddzielić od siebie górną i dolną część korpusu, pamiętając przy tym o ówczesnym zdemontowaniu pokrętła, które będzie nam blokować demontaż w jednym z rogów. Natychmiast po otwarciu obudowy powinniśmy też odłączyć przewód łączący PCB z płytką, na której osadzony został enkoder, żeby przypadkiem go nie urwać, a następnie zrobić to samo, lecz tym razem odłączając kabelek łączący PCB z płytką-córką (ang. daughter-board) ze znajdującym się na niej złączem USB-C. W ten sposób dostaniemy pełny dostęp do wnętrza i będziemy mogli do woli i swobodnie po nim nawigować.

Pierwszym co rzuca się w oczy to rzecz jasna ilość wypełniaczy, w tym ogromny kawał białego silikonu na samym spodzie. Do spodu płytki drukowanej przyklejona (na szczęście słabo i da się ją z łatwością odkleić) jest z kolei czarna pianka połączona z plastikiem typu PET. Pomiędzy PCB, a płytką montażową są z kolei kolejne dwie pianki, jedna gęsta i tłumiąca wibracje pomiędzy tymi częściami, a druga cieniutka PE, mająca na celu blokować przełączniki przed bezpośrednim kontaktem z powierzchnią płytki drukowanej, rzecz jasna w celu osiągnięcia konkretnego zabarwienia dźwiękowego.

Nie jestem ogromnym fanem pianek, co powinniście już doskonale wiedzieć z moich poprzednich tekstów. Rozumiem jednak, że żyjemy w czasach, w których przeciętny użytkownik klawiatury komputerowej po prostu preferuje brzmienie generowane przez tak zapchany od środka produkt. Wygłuszony sprzęt jest pożądany i choć się z tym zupełnie nie zgadzam, bo sam wolę gdy moja klawiatura łupie jak szalona i to w konkretny sposób, to nie mam zamiaru odbierać innym przyjemności z doświadczenia ciszy i piankowego basu. Fajnie natomiast gdyby producent dał nam tutaj po prostu opcję włożenia pianek jeśli mamy na to ochotę, a fabrycznie wysyłał SMX Sanshu z pustą obudową. Obecna forma wynika zapewne z obawy przed tym, że standardowy klient nie chce grzebać w swojej klawiaturze, bo boi się coś zepsuć, albo woli, z różnych innych pobudek, gdy fabryka zrobi to za niego. Nie da się przecież ukryć, że jeżeli już nie spodoba nam się fabryczne brzmienie przedmiotu dzisiejszej recenzji, to przecież możemy w drugą stronę go od-modyfikować i wyrzucić z jego wnętrza część lub wszystkie wypełniacze. I to też jest okej! W końcu mówimy o budżetowym urządzeniu, które ma trafiać do jak najszerszego grona odbiorców, które niekoniecznie lubi się babrać w smarach i bawić we własnoręczne modyfikacje, stąd też fabryczna postać musi trafiać do jak największej ilości z nich.

Ciekawą obserwacją są natomiast nie pianki, a coś zupełnie niepowiązanego z dźwiękiem klawiatury. Otóż na gniazdach hot-swap widoczne jest logo pewnego znanego producenta z Chińskiej Republiki Ludowej, o którym większość z Was pewnie słyszała – Keychron. Wskazuje to zatem na bezpośredni udział ów marki w tworzeniu SMX Sanshu, co rzecz jasna nie jest niczym złym. Osobiście przeczuwałem ingerencję Keychrona w ten produkt od momentu otwarcia pudełka, bo na każdym kroku pojawiało się zbyt dużo wskazówek. Nie dziwi mnie to natomiast jakoś szczególnie w obliczu tego, że x-kom miał już okazję współpracować z tym producentem przy okazji wydania edycji specjalnej K2 pod szyldem G4M3R – G4M3R x Keychron K2 PRO. Z jednej strony szkoda zatem, że na żadnym kroku nie jesteśmy przez SMX informowani o współpracy i w tym przypadku, ale z drugiej typowy polski klient z jakiegoś niezrozumiałego powodu nie lubi, gdy wypuszcza się peryferia jedynie obrandowane swoim logiem, a tym bardziej jawnie do tego przyznaje. Personalnie uważam produkcję SMX Sanshu przez Keychrona za ogromny atut, bowiem powoduje to, że obcujemy z produktem tworzonym przez doświadczoną manufakturę, dzięki czemu nie dostaniemy byle czego, a że SMX ewidentnie chciało zrobić Sanshu po swojemu powoduje z kolei, że nie dostajemy marnej kopii innego modelu, który moglibyśmy kupić z innego źródła, ale po prostu z innym logiem, a rzeczywiście oryginalny sprzęt z własnymi charakterystykami.

Jeszcze jedno o czym chciałbym wspomnieć to kolejny znak, że Sanshu mogła być albo w najbliższym czasie będzie oferować wersję działającą bezprzewodowo. Otóż w spodzie obudowy znajdziemy wyraźnie zaznaczony sektor dedykowany pod umieszczenie w jego miejscu akumulatora, zaś w silikonowej warstwie wygłuszenia nawet jest wycięte miejsce na takowy, wraz z otworem na przepuszczenie przez niego kabla. Nie znalazłem natomiast nigdzie na PCB ani płytce-córce złącza JST na poprowadzone z ogniwa zasilanie, więc zapewne bezprzewodowa SMX Sanshu musiałaby oferować inną płytkę drukowaną, co w sumie nie powinno być wielkim szokiem – gdzieś należy dać przecież antenę, a tutaj takowej nie uświadczymy – jedynie przycisk resetu pod spacją, w towarzystwie pianki.

Ergonomia

SMX Sanshu to druga z rzędu klawiatura recenzowana na łamach mojego bloga, która korzysta z rozmiaru nazywanego przez wielu jako 98%, co niezmiernie mnie cieszy – bardzo lubię bowiem urządzenia z NumPadem, a gdy producent decyduje się zredukować miejsce zajmowane na biurku stawiając na kompaktowość, to nie mogę przejść obok tego obojętnie. Jestem jednak fanem konkretnie 980 i 1800, czyli formatów znanych z kolejno Leopold FC980C i Cherry G80-1800. Tutaj mamy natomiast do czynienia z czymś odrobinę innym, bo z nieco nowocześniejszym podejściem. Sekcja alfanumeryczna jest prawie nienaruszona, poza skróceniem prawego Shifta i klawiszy znajdujących się tuż pod nim, celem wciśnięcia tam jeszcze fizycznych strzałek. Rząd klawiszy funkcyjnych także jest obecny w znanej nam formie, z niewielką przerwą oddzielającą go od reszty, a także bez F13 – czyli z normalnymi odstępami zamiast symetryczności. Ciekawie jest jednak po prawo, bowiem to tam producent wcisnął trzy przyciski z klastra nawigacyjnego, a także zrobił przerwę na lampki kontrolne. Dalej jest zaś NumPad w najzwyklejszej postaci, natomiast nad nim umiejscowione zostały kolejne dla klawisze nawigacyjne, a także pokrętło, lecz z przerwą wydzielającą je od reszty. Jak więc widzicie, jest tu trochę inaczej niż w wymienionych wcześniej modelach, ale za to efekt jest praktycznie taki sam – utrzymując kompletną funkcjonalność klawiatury, nie zabierając nam praktycznie żadnego przydatnego w codziennym użytkowaniu komputera klawisza, zyskujemy ociupinkę więcej miejsca na biurku poprzez to wykluczenie normalnego klastra nawigacyjnego.

Klasyczny układ ANSI to taki, który dzierży niski Enter oraz pełny lewy Shift, ale także zawiera rząd dolny z klawiszami o długości po 1.25u oraz spację 6.25u. Tutaj jest zatem obecne ANSI, ale do pewnego stopnia – przyciski na prawo od spacji zostały bowiem zredukowane, podobnie jak prawy Shift, celem zmieszczenia tam osobnego klastra strzałek (swoją drogą odstających delikatnie do dołu, choć co ciekawe nie tworzących w ten sposób równie odstającej części obudowy, gdyż producent to przemyślał i dał tam po prostu grubszą ściankę, a nie jak w Dark Project DPP98 Sunset). Efektem może być jedna z dwóch rzeczy: albo klawisze są mniejsze, ale trzy, albo duże, ale dwa. Tutaj, podobnie jak w ostatnio testowanym MARVO TITAN 98, marka stojąca za Sanshu zdecydowała się na pierwsze wyjście, co osobiście uważam za gigantyczny błąd. Tracimy bowiem w ten sposób duży prawy Alt, a co za tym idzie jakąkolwiek wygodę z wciskania go. Polski użytkownik korzysta z tego klawisza naprawdę dużo, bo służy on do wprowadzania znaków z ogonkami, a więc jak na modyfikator przystało powinien być nieco szerszy od standardowego. Niestety SMX, o ironio polska marka, zdecydowało się na zabranie nam tego przywileju i w efekcie podczas testów miałem spore problemy z literówkami i missclickami. Nie zliczę ile razy przez przypadek, chcąc wpisać chociażby „Ł”, trafiałem w sąsiadujący FN. A wystarczyło wyeliminować praktycznie bezużyteczny prawy Control i wyszłoby dużo lepiej, tak jak mam na przykład w swojej prywatnej HMKB V1 95 😉

Wysokość frontowa klawiatury to dobry wyznacznik komfortu użytkowania danego modelu, ale jeszcze lepsza jest efektywna wysokość – mierzona od samego spodu do czubka przełącznika spacji; ta druga przeważa w sytuacjach, gdy producenci projektują nietypowe kształtem obudowy. Ja staram się zatem zawierać w recenzjach obie z nich, bowiem daje to najszerszą perspektywę – w przypadku SMX Sanshu są to zatem kolejno 23,3 mm i 27,6 mm. Sporo, nie da się ukryć, ale trzeba mieć na uwadze, że przednia krawędź jest trochę odsunięta od linii klawiszy przez nietypowo osadzone strzałki. Niemniej jednak część z Was może chcieć korzystać z przedmiotu dzisiejszej recenzji w akompaniamencie podpórki pod nadgarstki, której niestety x-kom nie oferuje w komplecie ze swoją klawiaturą, ani nie sprzedaje takiej pasującej osobno. Klient jest więc zmuszony szukać czegoś zastępczego, zbliżonego kompatybilnością. Osobiście w takiej sytuacji zastanowiłbym się jednak czy ból nadgarstków odczuwalny w trakcie używania wysokich klawiatur wynika z ich profilu, czy może z błędnej techniki pisania. Widzicie, sporo osób dociska swoje nadgarstki do biurka, podczas gdy poprawnie powinno utrzymywać się je w pozycji lewitującej. Spróbujcie, może akurat Wam to pomoże i oszczędzicie parę złotych na kolejnym akcesorium!

No, to teraz wreszcie przyszła pora żebym ponarzekał sobie na stosowanie gasket mount’a w klawiaturze za 250 złotych wypchanej piankami i silikonami. Ostatnie lata pokazały, że tray mount powoli umiera i coraz więcej producentów decyduje się na implementowanie montażu uszczelkowego w swoich sprzętach, jednocześnie obniżając próg wejścia. Obecnie nawet jedne z najtańszych propozycji klawiatur na switchach MX style oferują jakąś formę odseparowania płytki montażowej od reszty konstrukcji za pomocą gumek lub pianek, co według marketingu przy nich stosowanego ma skutkować w poprawie brzmienia i ogólnych wrażeń dotykowych z użytkowania. SMX Sanshu także wykorzystuje gasket mount i robi to w oparciu o odstające na krawędziach plastikowej płytki skrzydła, które są trzymane z obu stron przez pianki przyklejone w dedykowanych miejscach wnętrza korpusu. Wszystko super, jest to akceptowalne rozwiązanie i niektóre modele lubiane przez entuzjastów także tak działają. Rzecz w tym, że tuż pod PCB jest napchane akustycznych wypełniaczy, przez co po pierwsze nie da się zauważyć realnej korzyści w kwestii dźwięku (bo i tak wszystko jest już wytłumione, więc nie da się wytłumić bardziej), a po drugie uginanie czy jakakolwiek praca PCB+plate assembly tu po prostu nie istnieje. Gdyby wyrzucić wygłuszacze to całość miałaby miejsce na jakikolwiek ruch, w wyniku czego poczulibyśmy ten mityczny flex kojarzony z gasketem, a do tego usłyszelibyśmy realną poprawę względem popularnego tray mount’a, polegającego na przykręceniu płytki drukowanej do obudowy, w losowych miejscach. Jedynym atutem montażu uszczelkowego w SMX Sanshu jest więc równiejszy feeling, to znaczy pozbawiony hard spotów – bo na to faktycznie cierpią klawiatury oparte o tray, a gasket skutecznie to eliminuje.

Raz jeszcze wspomnę (jak co recenzję), że nie mam na celu dyskredytować decyzji projektantów danego modelu o implementacji gasket mount’a, bo to naprawdę dobre rozwiązanie i przyszłość budżetowych klawiatur. Wolałbym natomiast, jako ktoś kto lubi gdy każda decyzja ma jakiś sens, żeby szły za tym konkretne korzyści dla użytkownika, a nie ślepe gonienie trendów na rynku. Nie marzę o tym, że poczuję w budżetowym urządzeniu bounce na poziomie GEON.WORKS W1-AT R2 czy flex jak w OwLabs Mr. Suit, ale wiem również, że jest to jak najbardziej możliwe – choć po prostu niepożądane przez zwyczajnego klienta, a zatem nieopłacalne dla producenta. Przetestowałem w ostatnich latach sporo różnorakich klawiatur z różnych segmentów cenowych i widzę, że postęp jest zaskakująco szybki, tylko aż przykro się patrzy, że ludzie ślepo podłapują marketing i realnie wierzą, że gasket mount w takiej klawce jak SMX Sanshu rewolucjonizuje postrzeganie tego peryferium i kompletnie zmienia zasady gry – bo nie zmienia, a jedynie marginalnie usprawnia pewien aspekt, z którym przez lata musieli borykać się klienci bez pękającego w szwach portfela. Koniec końców to dobrze, że produkty tego typu dostają gasket mount, bo choć inne elementy mogłyby bardziej potrzebować poprawek, to przynajmniej na tej płaszczyźnie dostajemy coś sensownego i bez tych nieszczęsnych hard spotów, a gdy pozbędziemy się własnoręcznie pianki i silikonu z obudowy, to nawet jakieś ciekawe brzmienie i uginanie.

Keycapy

Utrzymując stylistykę retro, producent postawił na nakładki wyprofilowane w zbliżony do sferycznego sposób, zaokrąglone w praktycznie każdym calu. Specyfikacja wspomina, że profil ten zwie się MDA i choć kojarzę tę nazwę z jakiejś innej klawiatury, to kompletnie nie pamiętam co konkretnie go charakteryzuje. Na szczęście mam oczy i palce i jestem w stanie stwierdzić to tu i teraz. Na pierwszy rzut oka można wręcz przyznać, że jest to w dużo mniejszej skali kopia SA niż te wszystkie ASA i OSA, ale wciąż możemy mówić o stosunkowo wysokich, starających się naśladować wygląd sprzętów sprzed dziesiątek lat, keycapach. Nie jest to natomiast w moich oczach wada, bowiem osobiście bardzo lubię doświadczenia płynące z użytkowania takowych, a dłużej śledzący mnie czytelnicy zapewne pamiętają jak sam składałem wszystkie swoje klawiatury na nakładkach pokroju MT3 czy PGA. Mam zatem do takich profili sentyment, a do tego uważam, że są one oczywistym wyborem gdy chcemy nadać naszemu produktowi nieco duszy vintage. Warto też przy okazji pochwalić SMX za zastosowanie grubych ścianek w tych nakładkach (dokładnie 1,5 mm, tyle samo co GMK – ulubione nakładki entuzjastów), co nie tylko je usztywnia, ale także wyraźnie zmienia ich brzmienie – moim zdaniem na lepsze.

Metody produkcyjnej i tworzywa się pewnie spodziewacie, bo kto zdecydowałby się w tych czasach zrobić keycapy inaczej od wszystkich, ale z obowiązku wspomnę co wybrał x-kom w swojej najnowszej klawiaturce: double-shot i PBT. Tekstura ich wykończenia jest zaś gładka, jak w moich ulubionych XMI czy JC Studio, ale w charakterystycznie suchy sposób – jak na ten plastik przystało. Kolorystyka pasuje z kolei do całej reszty, to znaczy alfanumeryki są w odcieniu beżu tym samym co korpus, modyfikatory w lekko zbyt szarym, lecz kontrastowym, kolorze, a domyślne akcenty to ich przyciemniona, grafitowa wręcz, wersja. Legendy są odwrotnością, to znaczy na alfanumerykach są ciemnoszare, a na modach i akcentach beżowe. Gratisowo dostajemy rzecz jasna wspomniane wcześniej pomarańczowe akcenty, które może i nie pasują tutaj idealnie, ale dodają trochę życia tej jakże nudnej do bólu (pod kątem wizualnym) klawiaturze. Osobiście korzystałem jednak z Sanshu na domyślnych nakładkach, bo jakoś nie potrafiłem połączyć w swojej głowie beżu z pomarańczem, tak aby jeden pasował do drugiego – choć nie da się ukryć, że nie ma chyba lepszego akcentu w spektrum znanych naszym zmysłom barw, który jednocześnie będzie choć minimalnie zbliżony do reszty stylistyki klawiatury i będzie się rzucał w oczy.

Parę słów przydałoby się też rzec w temacie samych nadruków i ich równości. Zacznijmy jednak od pozytywów – bardzo podoba mi się, że modyfikatory wykorzystują styl „icon+text” i to w prawidłowy sposób, to znaczy Backspace również reprezentuje ikona z tekstem, a nie sama ikona. Spacja zaś nie zawiera żadnej dziwacznej kreski, za co ogromny props. Czcionka użyta przez SMX jest z kolei elegancka i ma podomykane brzuszki, co naprawdę doceniam. Wyrównano ją do lewego boku, co tyczy się w zasadzie każdego klawisza, więc o ile w sekcji alfanumerycznej niestety literki nie są w lewym górnym rogu, to przynajmniej nie są wyśrodkowane w centrum keycapa, jak to niestety często bywa w nakładkach z podobnymi profilami. Co do samej w sobie równości (tudzież krzywości) nadruków, to naprawdę nie jest źle. W zasadzie jedyne problemy dostrzeżemy na modyfikatorach, gdzie literki potrafią być grubsze od swoich sąsiadów (np. Esc) albo przerwy między nimi są różne (np. CapsLock), ale było to do przewidzenia biorąc pod uwagę segment cenowy w jakim plasuje się SMX Sanshu. O ile zatem nie mogę powiedzieć, że jest dobrze, o tyle nie wadzi mi to aż tak bardzo jak w droższych produktach – bo tutaj po prostu nie da się, póki co, lepiej.

Stabilizatory

W końcu! Byłem już naprawdę zmęczony, bo ostatnimi czasy nie mogłem trafić na sprzęt do testów, w którym stabilizatory byłyby perfekcyjne. SMX Sanshu ratuje jednak dobre imię budżetowych produktów i oferuje nam świetne staby, z których nie wydobywa się prawie żaden niepożądany odgłos. Producent zadbał bowiem o przymocowane na klipsy do płytki montażowej, znajdujące się pod każdym dłuższym niż 2u klawiszem, stabilizatory, poprzez naniesienie na ich druciki grubego smarowidła. Jest go tam sporo i to dobrze rozprowadzonego, dzięki czemu druciki nie wydają żadnych klekoczących odgłosów. Robótka wygląda w dodatku na tyle dobrze, że nie spodziewałbym się konieczności poprawiania smarowania we własnym zakresie przez długi okres od zakupu. Cieszy mnie niezmiernie, że tak dopracowane stabilizatory stają się obecnie standardem i kupując dowolną klawiaturę prawie w ogóle nie musimy martwić się, że dostaniemy suche lub źle przesmarowane staby. Choć ostatnimi czasy natrafiłem na kilka modeli z delikatnie niedoskonałym brzmieniem wynikającym z krzywych bądź błędnie smarowanych drutów, to ogólnikowo rynek ma się naprawdę dobrze i są to wciąż wyjątki.

Przełączniki

Jeśli wciąż zastanawiacie się kto produkuje testowaną dzisiaj klawiaturę i wszelkie znaki na niebie nie są wystarczającymi argumentami, to niech wisienką na torcie będą zamontowane pod keycapami SMX Nougat, czyli przełączniki tactile dzierżone przez tę klawiaturę. Mają one co prawda na górnej części obudowy logo polskiego producenta, lecz są to po prostu re-colory switchy zwanych Keychron Super Brown. Wskazują na to podobieństwa w sposobie wykonania trzonu (charakterystyczne prowadnice i kropki tu i ówdzie) oraz obudowy (mała dziurka w spodzie) , a także takie niuansy jak wyważenie i długość sprężynki. Jak to jednak bywa w świecie klawiatur, nie do końca wiadomym jest kto konkretnie produkuje same te przełączniki – bo jak wiadomo, Keychron nie zajmuje się produkcją tej części i korzysta w tym celu z usług innych manufaktur. Najprościej będzie więc założyć, że jest to Huano, bowiem to z tą fabryką najczęściej współpracuje Keychron gdy chodzi o niedrogie switche montowane w ich klawiaturach niemagnetycznych. Ponadto nie spotkałem się ze zbyt wieloma producentami robiącymi takie charakterystycznie dziurki w dolnej części obudowy, a Huano ma jak najbardziej historię takich zabiegów. Dobrym kandydatem jest także LCET, więc tak co do zasady nie ma żadnego konsensusu w przypadku serii Super, nawet wśród specjalistów przełącznikowych z r/SwitchModders.

Inną niezwykle ciekawą kwestią jest typ przełączników zastosowanych przez SMX w klawiaturze testowanej w ramach tej recenzji. Zarówno w specyfikacji w sklepie x-kom jak i na pudełku samej Sanshu zobaczymy informację, że Nougat są switchami dotykowymi (ang. tactile), a więc powinny oferować sprzężenie zwrotne w momencie aktywacji celem haptycznego poinformowania naszego palca o możliwości cofnięcia się do pozycji pierwotnej, gdyż sygnał został już wprowadzony do komputera. Przez pierwsze tygodnie testów nie byłem jednak tego świadom i wręcz myślałem, że producent się pomylił. Później dostrzegłem jednak „opinię eksperta” x-kom, która wskazuje konkretnie na fakt obecności delikatnego bump-a, który usprawnia pisanie na SMX Sanshu. Sprawdziłem zatem jak kwestia ta wygląda i okazuje się, że rzeczywiście Keychron Super Brown mają trzpień zaprojektowany tak, aby przy wciśnięciu powstawał maleńki bump, podobny do tego znanego z Cherry MX Brown. Ich gładkość powoduje jednak, że zagłębienie w nóżkach ślizgających się po metalowych stykach nie jest wystarczająco duże żeby dało się je wyraźnie zauważyć podczas szybkiego pisania, czego osobiście doświadczyłem w chociażby SP-Star Duck. Niemniej jednak nie powinno to spowodować, że bump jest niewyczuwalny do takiego stopnia, że nie byłbym w stanie zauważyć jego obecności przez kilkanaście dni codziennego użytkowania klawiatury! Wszystko sprowadza się zatem do grubych nakładek, które skutecznie blokują fale przed sięganiem naszych palców, w wyniku czego pisanie na SMX Sanshu jest doświadczeniem skrajnie zbliżonym do pisania na liniowcach. Gdyby tylko producent dał tutaj cieńsze keycapy, albo switche z większym bumpem, to sprawa miałaby się zupełnie inaczej. Tak to wychodzi to po prostu na zmarnowany potencjał Super Brown’ów (czy tam SMX Nougat’ów), gdyż mają prawo one być ciekawą opcją dotykową, lecz w odpowiednich warunkach.

Wyważenie też swoje robi, bo zamontowane fabrycznie w Keychron Super Brown 15-milimetrowe sprężynki wymagają około 68 gramów siły do bottom-out’u, zaś przekroczenie bump-a to zaledwie 61 gf. Wykres wykonany przez ThereminGoat także świetnie pokazuje jak niewielką anomalią na tle liniowego skoku jest to sprzężenie zwrotne. Aktywacja standardowo odbywa się w okolicach 2 mm, zaś pełen skok ma klasyczne 4 milimetry długości. Powoduje to, że w teorii są to przełączniki do wszystkiego, a więc i grać i pisać powinno dać się na nich komfortowo. Wiadomo, że wszystko zależy od preferencji, natomiast w moim przypadku byłem w stanie osiągać dosyć sensowne prędkości WPM jak na siebie na SMX Sanshu, a do tego grało mi się na niej w osu! i CS2 równie dobrze co na konkurencyjnych produktach. Coś jednak stanęło mi na przeszkodzie i przez długi czas nie wiedziałem czym jest to spowodowane.. Otóż producent pozwala nam na ustawienie wyższego niż 1000 Hz odświeżania oraz zabawę opóźnieniami, z poziomu oprogramowania. Pierwotnie ustawiłem rzecz jasna najlepsze wartości, to znaczy 8000 Hz i 1 ms, ale prędko okazało się, że klawiatura bardzo często chatteruje, czyli wprowadza kilka razy ten sam znak, choć klawisz fizycznie wcisnąłem tylko raz. Obniżyłem więc te ustawienia do domyślnych i… problem pozostał. Po paru dniach kombinowania i walki z konfiguratorem doszedłem do wniosku, że jeżeli nie jest tutaj winny software ani firmware, a także sama klawiatura jest w pełni sprawna, to winowajcą muszą być moje palce, nieprzyzwyczajone do tak małego bump-a. Widzicie, wciskając te przełączniki jak liniowce można czasem przypadkowo i na ułamek sekundy cofnąć i docisnąć klawisz właśnie na wysokości sprzężenia zwrotnego, przez co ten aktywuje się kilkukrotnie. Najwidoczniej to tego właśnie doświadczałem na przestrzeni tygodni testów. Dodam, że nie miałem czegoś takiego na żadnej innej klawiaturze, więc jestem ciekaw czy ktoś z Was też ma SMX Sanshu i też zauważył podobny problem. Podzielcie się doświadczeniami w komentarzach!

Wspomniałem wcześniej, że SMX Nougat są przełącznikami gładkimi, więc pochylmy się i nad tym tematem. Na ich trzpieniach (swoją drogą wykonanych z polioksymetylenu, co potwierdza Keychron w specyfikacji na swojej stronie) widoczna jest cieniutka warstwa oleistego smarowidła, które ewidentnie wprowadza lekkie usprawnienie w płynności pracy, lecz już same w sobie formy, z których części tych przełączników pochodzą musiały być naprawdę dobrej jakości, bo nawet po ręcznym wytarciu ów lubrykantu Super Brown’y chodzą świetnie i gładziutko. Szkoda jedynie, że smaru jest tu niewiele i do tego nierówno rozprowadzonego, ale nie ma też co oczekiwać cudów po budżetowych przełącznikach. Do obudowy Huano (albo LCET, albo ktoś jeszcze inny ;)) użyło poliwęglanu (przezroczysta góra) i nylonu (biały spód), a więc do granic możliwości standardowo. Mamy tu więc udany pod kątem płynności przełącznik, w dodatku zamykany na cztery małe zatrzaski, a więc banalny do modyfikowania, oraz z dwoma dodatkowymi wspornikami na spodzie (5-pin) czyniącymi go bardzo stabilnym w klawiaturze. Co jeżeli jednak chcielibyśmy go z jakiegokolwiek powodu kompletnie wymienić, zamiast zabawy we własnoręczne modyfikacje? Cóż, producent naturalnie dał nam tutaj hot-swap, dzięki któremu wystarczy pociągnąć switcha odpowiednim narzędziem, a ten wyjdzie – bez żadnego lutowania. W jego miejsce umieścimy z kolei dowolny inny w standardzie MX style. Może i to już norma w tych czasach, ale trzeba to doceniać, bo jeszcze parę lat temu tak powszechny hot-swap w klawiaturach konsumenckich wcale nie był taką oczywistością, a tym bardziej w tym budżecie.

Brzmienie

Ilość pianek znajdujących się wewnątrz SMX Sanshu powinna zdradzać już jak końcowo będzie brzmieć ta klawiatura – w sposób wytłumiony do granic możliwości. Dodatkowym czynnikiem są grube nakładki i obudowa z plastiku, co z kolei składa się niekoniecznie na cichą pracę, ale przede wszystkim w miarę basowe zabarwienie dźwięku. Nie mamy tutaj zatem do czynienia z czymś szczególnie interesującym, bo obecnie większość klawiatur na rynku brzmi w taki lub podobny sposób przez wzgląd na podobne fabryczne wypełnienie ich wnętrz, lecz w tym przypadku ewidentnie producent postawił bardziej na wytłumienie wszelkiego dźwięku zamiast uwydatniania go do absurdalnych poziomów – co dziwi tym bardziej, bo przecież obecna jest pianka PE służąca stricte do podgłaśniania, a nie tłumienia fal dźwiękowych. Można zatem uznać, że jest to produkt bardziej skierowany do typowego polskiego klienta, który (i to bazuję na obserwacjach w internecie) oczekuje od urządzenia cichej pracy, dostosowanej do biura czy mieszkania, w którym nie chcemy przeszkadzać innym dookoła. Atutem są więc również stabilizatory, które dzięki smarowaniu nie wydają z siebie niepożądanych odgłosów. O ile więc nie jestem wielkim fanem takiej charakterystyki jaką oferuje SMX Sanshu, to w pełni rozumiem wybory producenta i nie mam zamiaru narzekać w tym przypadku na pianki i silikony – choć miło byłoby chociaż raz zobaczyć przemyślane „modyfikacje”, bo przecież nie da się ukryć, że tutaj cisza wynika poniekąd z przypadku. Producent napchał wszystkiego co sobie wyobraził, czyli silikon tłumiący wysokie tony, pianki tłumiące niskie tony, warstwę PET i pianki PE uwydatniające i w efekcie podgłaśniające część spektrum dźwięków, a że w efekcie dostał ciszę, to owoc już nie samych w sobie wygłuszaczy, a ich połączenia z resztą klawiatury. Gdyby przecież pominąć te dwa elementy działające na niekorzyść cichej pracy, to SMX Sanshu byłaby jeszcze cichsza i możnaby nawet jako właśnie taką ją reklamować!

To nagranie ma podbitą głośność o 4 dB żebyście cokolwiek słyszeli.

Podświetlenie

Dziwną decyzją jest dla mnie implementowanie lampek świecących w każdym kolorze tęczy pod klawiszami w klawiaturze stylizowanej na sprzęt retro i to w dodatku takiej bez prześwitujących legend w nakładkach. Warto natomiast wspomnieć, że przynajmniej LED-y są w poprawnej orientacji, to znaczy południowej – dzięki temu możemy bez problemu wymienić tutaj nakładki na takie o profilu Cherry i nie martwić się interferencją. Samo oświetlenie nie należy do jasnych, na co ma niewątpliwie wpływ użycie czarnej płytki montażowej zamiast takiej mlecznej, która lepiej rozprowadzałaby światło. Wyłączyłem je zatem natychmiast po rozpoczęciu testów, bo tu po prostu nie ma żadnego logicznego sensu żeby z niego korzystać – wygląda obrzydliwie i nie niesie żadnej realnej korzyści, ani praktycznej, ani estetycznej. A, no i kolor żółty i biały nie wypadają najlepiej, ale do tego przyzwyczailiśmy się już w przypadku podświetleń RGB. Najważniejsze dla mnie jest jednak to, że przynajmniej lampki kontrolne nad strzałkami mają dedykowane, białe LED-y, co pasuje do estetyki klawiatury jak ulał.

Oprogramowanie

Wszystkie klawiatury magnetyczne, których w ostatnim czasie miałem okazję dotknąć, oferują software dostępny wyłącznie przez przeglądarkę. Staje się to swego rodzaju standardem, który powoli rozlewa się również na sprzęty oparte o zwykłe przełączniki MX style z metalowymi stykami w środku. Niektóre z nich mają też opcję pobrania aplikacji na komputer, ale zazwyczaj ciężko ją znaleźć. W przypadku testowanej dzisiaj SMX Sanshu jest podobnie, to znaczy osobiście nigdzie nie byłem w stanie odnaleźć pobieralnej apki i byłem skazany przez cały okres testów na tę dostępną na stronie producenta, operowanej stricte przez przeglądarkę. Męczy mnie to trochę, albowiem LibreWolf (czyli Firefox) nie wspiera takich softów i muszę specjalnie odpalać w tym celu Brave albo Edge. Na szczęście w tym przypadku wystarczy ustawić wszystko wedle własnego uznania, a konfiguracja zapisze się w pamięci wbudowanej klawiatury, dzięki czemu nie będziemy musieli już nigdy więcej zaglądać do oprogramowania. No chyba, że lubicie co jakiś czas coś zmieniać nawet w klawkach niemagnetycznych 😉

Aplikacja jest schluda i czytelna, a w dodatku bardzo przypomina tę do klawiatur marki Keychron, co raczej nie powinno być zdziwieniem – w końcu to sprzęt produkowany przez tego producenta. Cała funkcjonalność podzielona jest na konkretne zakładki, a znajdziemy tam konfigurację podświetlenia, działania poszczególnych klawiszy na wielu warstwach (możemy też zmieniać działanie pokrętła i FN, super!), a także nagrywanie i przypisywanie makr. Ponadto możemy zmienić odświeżanie (ang. polling rate) w zakresie od 125 Hz do 8000 Hz oraz zmienić opóźnienia (ang. debounce time), choć z zastrzeżeniem, że im bliżej do 1 ms, tym większa szansa na występowanie dwuklików. SMX pomyślało też o graczach i wprowadziło swego rodzaju Snap Tap, SOCD, zwał jak zwał. Funkcję tę przypiszemy swobodnie do wybranych klawiszy, a pozwoli nam ona pewniej strafe’ować w grach typu CS2, z tym, że prędzej czy później w tych poważniejszych tytułach po prostu zostaniemy wyrzuceni lub nawet zablokowani za oszukiwanie.

Ocena końcowa

Testując MARVO TITAN 98 byłem szczerze zaskoczony jak wiele da się obecnie upchać w sprzęcie za pieniądze tak śmieszne jak dwie stówki, tym bardziej dostępnym od ręki u polskich dystrybutorów. Tutaj miałem podobnie, bo SMX Sanshu jest jedną z lepszych propozycji jakie przyszło mi sprawdzić w minionych miesiącach. Nie jest ona może magnetyczna ani nie działa bezprzewodowo, ale zamiast tego oferuje genialne wrażenia z użytkowania za sprawą przyjemnych keycapów, wyjątkowych przełączników, idealnych stabilizatorów i ogólnej jakości wykonania. To po prostu sprzęt idealny dla kogoś kto raczej korzysta z komputera głównie do wprowadzania tekstu, a gra okazyjnie. Obecność NumPada niewątpliwie zostanie doceniona także przez bardziej konserwatywnych użytkowników, a gasket mount i pianki wygłuszające są swego rodzaju utrzymaniem Sanshu w standardach obecnego rynku. Podświetlenie też jest, choć przeciętne, a oprogramowanie wygląda doskonale i dostępne jest z poziomu przeglądarki. Jedyne zarzuty jakie w zasadzie mam wobec tej klawiatury to nieco nierówne nadruki na modyfikatorach, ledwie wyczuwalny bump w przełącznikach, a także mierna implementacja gasketa, pozbawiona większości płynących z niego zalet – ale poza tym jest w sumie bez wpadek!

Może Was zaskoczę, a może nie – SMX Sanshu kosztuje zaledwie 249 złotych w sklepie x-kom, co jest nieprawdopodobnie konkurencyjną ceną i powoduje, że kupowanie tej kategorii peryferiów na AliExpress ma coraz mniej sensu, skoro tak świetne urządzenia są dostępne też w Polsce. Jeśli zatem lubicie lekki powiew retro, niemagnetyczne przełączniki i cichą pracę, to przedmiot dzisiejszej recenzji z pewnością jest dla Was i mogę go bez zawahania polecić!

Postscriptum

Dziękuję sklepowi x-kom i zarazem marce SMX za zaufanie i podesłanie mi sztuki SMX Sanshu do testów. Miało to miejsce pewien czas temu, bo w listopadzie zeszłego roku – a mamy końcówkę stycznia. Jak więc widzicie, backlog trzyma mnie kurczowo za nogi, a ponadto ilość wolnego czasu, który mogę i chcę poświęcać na bloga jest po prostu niewystarczający. Mimo to chcę dalej tworzyć dla Was recenzje i dotrzymywać słowa danego producentom biorąc ich sprzęt do przetestowania, choćby miało być to tak rzadkie jak jeden tekst na miesiąc. Dziękuję więc też przede wszystkim Wam, czytelnikom, za śledzenie mojego bloga i czytanie moich recenzji. Jeśli chcecie wyrazić parę słów krytyki na temat tego co znajdziecie na blogu, zachęcam do dołączenia na dedykowany serwer Discord pod tym odnośnikiem. Przeznaczony jest on także do proponowania tematów, informowania o nowych publikacjach i po prostu rozmawiania o klawiaturach – polecam zajrzeć i trochę go ze mną ożywić 🙂