Nic tak nie motywuje do napisania recenzji jak otrzymanie na testy naprawdę interesującego, wyróżniającego się na tle konkurencji produktu. Rynek klawiatur jest aktualnie zdominowany przez eleganckie, minimalistyczne i nudne sprzęty, często też korzystające albo z budżetowych przełączników o wymyślnych nazwach, albo magnetycznych pstryczków o identycznej specyfikacji co cała reszta modeli. Dzisiaj na tapet bierzemy sobie jednak GravaStar Mercury K1 w wersji Ice Blue, czyli kosmiczną klawiaturę o egzotycznej prezencji. Z propozycją przetestowania tej jakże nieprzeciętnej klawki napisał do mnie swego czasu sklep Shelter.pl, wieloletni partner bloga, a ja natychmiast zgodziłem się na wzięcie jej na swoje biurko z prostego powodu – potrzebuję czegoś niecodziennego, czegoś co bierze temat klawiatur mechanicznych z innej perspektywy i chce zaoferować niszową alternatywę skierowaną wyłącznie do wąskiego grona odbiorców. Być może zatem po dzisiejszym tekście nie dodacie kolejnej pozycji do rekomendacji wartych wzięcia pod uwagę przy następnych zakupach klawiaturkowych, ale niewielka część z Was może okazać się być właśnie targetem Mercury K1 i finalnie wybierzecie właśnie ją zamiast decydować się na kolejny banalny model z dostępnych w sieci list polecanych.
Biorąc GravaStar Mercury K1 na testy nie wiedziałem pierwotnie czego się w zasadzie spodziewać. Nie wiedziałem nawet co to jest za marka ani skąd się wzięła, choć kojarzy mi się, że gdzieś widziałem już jej model Pro z dziwacznie rozkładanymi nóżkami do regulacji kąta nachylenia. Będąc zupełnie szczerym myślałem nawet, że idąc za trendem GravaStar zdecydował się na umieszczenie tutaj magnetycznych przełączników, ale zaraz po odpakowaniu klawiatury okazało się, że jednak jest to coś zupełnie przyziemnego – lecz czy to źle, w świecie zdominowanym przez na siłę gamingowe opcje, stworzone wyłącznie pod maksymalizację wyników w gierkach kompetytywnych? Cóż, nie przeciągając już bardziej niż to potrzebne, przejdźmy do faktycznej części recenzji i sprawdźmy czy testowany dzisiaj model ma prawo bytu na polskim rynku i czy powinniście brać go pod uwagę, szczególnie w kontekście ceny jaką przyjdzie nam za niego zapłacić. Zapraszam do lektury!

Opakowanie
Jako że miałem opcję wyboru wariantu na testy, to padło na ten najmniej oczywisty – niebieski. Cieszy mnie zatem, że producent zadbał o szatę graficzną pudełka w zależności od wybranej opcji, albowiem kupując Ice Blue otrzymujemy czarny karton w niebieskiej koszulce, pełniącej rolę informatora. Na froncie znajdziemy rzecz jasna logo producenta, nazwę modelu i rysunek prezentujący drzemiącą w środku klawiaturę. Znalazł się tam także napis „Be Cool Play It” i wzmianka o wykonaniu ramy z aluminium. Na rewersie producent zamieścił z kolei tak zwany exploded view urządzenia, dzięki któremu możemy zajrzeć do jego wnętrza bez samodzielnego otwierania całości. Tuż obok widnieje także tabelka ze specyfikacją, z której wyciągniemy chociażby masę produktu czy pojemność akumulatora. Ciekawostką jest także samo czarne pudełko, które jak się okazuje nie jest w całości jednokolorowe, a zamiast tego dzierży barwny nadruk prawdopodobnie będący czymś w stylu znaku rozpoznawczego serii Mercury.



Akcesoria
Bogaty pakiet akcesoriów to w obecnych czasach podstawa w świecie klawiatur, choć osobiście uważam go za nieco zbędny trend. Widzicie, osobiście wolałbym dostać kompletny produkt zamiast masy zbędnych dodatków, ale jeżeli producent potrafi dopracować obydwie te kwestie, to nie mam nic przeciwko. Tutaj otrzymujemy:
- biały, gumowy kabel USB-C do USB-A,
- druciany keycap puller,
- miotełkę do kurzu,
- szmatkę z mikrofibry do wycierania obudowy i nakładek,
- cztery bonusowe przełączniki, każdy inny,
- papierologię.
Spójrzcie też jak świetnie całość została zapakowana. Każdy element ma swoje wydzielone miejsce w kartonie, zamiast rzucenia ich wszystkich do jednego, mniejszego pudełeczka. Klawiaturę chroni też plastikowy dust cover, którego normalnie możemy używać na co dzień celem dodatkowej ochrony przed kurzem. Cieszy mnie niezmiernie, że narzędzie do ściągania keycapów jest druciane, bo dzięki temu ich nie uszkodzimy. Bonusowe switche pozwalają z kolei sprawdzić co tracimy wybierając konkretny wariant przełącznikowy, zaś zmiotka to nietypowy dodatek, którego nie spotyka się zbyt często, ale ma naprawdę sporo sensu jeżeli lubimy dbać o prezentację klawiatury na biurku. Jedyny zarzut mam w zasadzie do przewodu, bowiem fakt wykonania go z gumy powoduje, że ten prędko zżółknie i nie będzie już tak dobrze pasował do reszty. Jeśli zastanawia Was z kolei gdzie kryje się adapter 2,4 GHz, używany do podłączenia bezprzewodowego klawiatury, to ten ma swoje miejsce na spodzie obudowy i do tego tematu przejdziemy w swoim czasie 😉

Wygląd
Strona wizualna to bardzo często w klawiaturze decydujący czynnik przy podejmowaniu decyzji o zakupie. Porządnie wyglądający, pasujący do reszty stanowiska sprzęt może bowiem zarówno dopełnić resztę w synergii, jak i wyróżniać się na tle tak bardzo, że zepsuje efekt końcowy. GravaStar Mercury K1 jest zatem w skomplikowanej pozycji, albowiem podąża ona za stylistyką tego producenta, który ewidentnie lubuje się w nawiązaniach do kosmosu i żyjących w nim obcych (albo raczej domysłów jak mogliby oni wyglądać). Dostajemy zatem produkt o skrajnie nietypowych kształtach, przypominających w przypadku korpusu siatkę organiczną tworzącą spójne ciało, lecz przedzieloną tu i ówdzie otworami. Na powierzchni znajdziemy także pojedyncze wypustki, dziwne ścięcia i załamania, a także wszechobecną gładkość – to znaczy wszędzie na powierzchni K1 powierzchnia nie jest płaska, lecz gładka w dotyku, a więc nawet najostrzejsze zagięcia nie kłują w palec. Szczerze powiem, że taka tekstura bardzo przypomina porcelanę, choć mamy tu do czynienia z pokrytym lakierem aluminium.
Na tyle osadzone zostały dwa przełączniki trybu z wyśrodkowanym złączem USB-C pomiędzy nimi. Ów suwaki chodzą bardzo przyjemnie, z wyraźnymi przeskokami, a ich rolą jest zmiana układu z Windowsowego na Mac oraz przełączanie między trybem przewodowym, BT i 2,4 GHz. Spód obudowy to z kolei kontrast dla góry, bardziej przypominający statek kosmiczny zamiast biologicznego eksperymentu, gdyż tam GravaStar zagospodarował całą przestrzeń kształtami i wzorami ewidentnie mającymi imitować jakieś elementy nieznanej ludzkości technologii. Przystępnie zostały tam także poukrywane różne napisy, takie jak chociażby wielkie „75” przypominające nam o formacie testowanej dziś klawiatury, a także „Designed by GravaStar” wkomponowane tak dobrze, że na pierwszy rzut oka wręcz niewidoczne. Znajdziemy tam rzecz jasna też rozkładane nóżki do regulacji kąta nachylenia (szkoda, że takie normalne – wymyślny design zarezerwowany jest dla modelu Pro) oraz gumki antypoślizgowe, a dla mnie ważne jest też to, że są one w tym samym kolorze co reszta korpusu. Na środku jest też naklejka z numerem seryjnym oraz otwór na przechowywanie adaptera 2,4 GHz, w dodatku magnetyczny.


No właśnie, kolor. Mercury K1 występuje w czterech wersjach, gdzie dwie podstawowe to czarna i biała, a ta trzecia i dzierżona przeze mnie na rzecz dzisiejszego testu – jasnoniebieska, ewidentnie mająca w jakiś sposób nawiązywać do zimy i lodu, na co wskazuje też nazwa Ice Blue. Jest też wariant różowy, co jest fajnym dopełnieniem kolekcji, bowiem dzięki temu każdy znajdzie coś dla siebie. Calutka obudowa nosi tę samą barwę, zarówno jej górna jak i dolna część, a także keycapy odpowiadają swoim odcieniem reszcie, co często nie jest tak oczywiste i zdarza się, że producent przez słabą kontrolę jakości dopuszcza nakładki znacząco odstające od reszty. Tutaj nie ma na to miejsca i bardzo mnie to cieszy, choć oczywiście przez zastosowanie różnych materiałów nie jest to też perfekcja i w odpowiednim świetle zobaczymy, że nakładki mają delikatnie inny odcień. Gdy wyłączymy zaś podświetlenie, od razu dostrzeżemy trzecią część obudowy, którą stanowi prześwitujący, mleczny plastik widoczny z każdej strony i ukryty wręcz w środku tych wszechobecnych otworów. Nie wygląda to rzecz jasna najlepiej, dlatego K1 zdaje się być stworzoną do użytkowania wyłącznie z uruchomionym podświetleniem, co dla jednych może być atutem, ale dla innych utrapieniem – nie każdy bowiem kocha choinkowe klawiatury, choć z drugiej strony jeśli ktoś takiej nie chce, to GravaStar Mercury K1 i tak nie jest skierowana do niego.
Osobiście jako odwieczny wróg świecidełek na biurku jestem w stanie zaakceptować podświetlenie jeśli to wprowadza jakiś pozytyw do klawiatury, jak na przykład w TX EO87 gdzie połowa obudowy jest przezroczysta. Tutaj mamy podobny case, to znaczy GravaStar mógłby zaprojektować korpus w zupełnie inny sposób, ale bez tych mlecznych wstawek proszących się o puszczenie przez nie światła w kolorze odpowiadającym reszcie (tutaj błękitnym) nie byłoby to już to samo. Mam natomiast problem z innym elementem, choć także powiązanym z LED-ami. Chodzi o emblemat tuż nad prawą strzałką, który producent z jakiegoś powodu wykonał w taki sposób żeby kompletnie nie pasował on do całej estetyki przedmiotu recenzji. Nie dość, że wykończenie jest srebrne, wpadające w lustro, to jeszcze logotyp jest podświetlany na kolorowo i nie ma sposobu na zmianę w jednolitą barwę. Ten jeden aspekt może i nie rujnuje całej estetyki K1, ale jest niewątpliwie jej bardzo słabym ogniwem. Podobnie rzecz ma się z brandingiem, a konkretnie ogromnym logotypem GravaStar na froncie obudowy. Ten co prawda ma jasnoniebieski kolor i nie kontrastuje jakoś przesadnie z tłem, ale moim zdaniem klawiatura ta i tak wyróżnia się na tyle, że nie ma potrzeby pakowania na niej logo czy nazwy marki żeby przypominać każdemu kto jest autorem – serio, produkt się wybroni i każdy zapamięta kto go produkuje nawet bez logotypów.




Wykonanie
GravaStar Mercury K1 kupimy w trzech różnych wersjach: Lite, zwykłej i Pro. Do mnie na test trafiła ta średnia opcja, a różnice między nimi głównie sprowadzają się do wykonania. O ile w przypadku Lite producent wykorzystał plastik do wykonania całości korpusu, o tyle K1 bez tego dopisku zawiera w sobie nieco metalu. Nie jest to w stu procentach aluminiowy korpus, bowiem znajdziemy tu także elementy z tworzywa sztucznego, ale dla mnie i tak zaskoczeniem jest, że w tym budżecie GravaStar dał radę upchnąć tę jakże niestandardową ramę, nie będącą przecież zwyczajnym prostokątem, z metalu. Kolor naniesiony został na nią za pomocą jakiegoś rodzaju lakieru, z czego wynika jej charakterystycznie gładka powierzchnia i podatność na przyciąganie smug oraz śladów po palcach, co widoczne jest nawet na moim jasnym wariancie kolorystycznym. Spodnia część obudowy to już natomiast odlewany plastik, choć swoją drogą obstawiam, że aluminiowa część także jest odlewana z wcześniej przygotowanej formy, żeby utrzymać sensowne koszta produkcyjne. Mleczne fragmenty widoczne w otworach struktury ramy to też plastik, lecz w tym przypadku po prostu prześwitujący. Podobny los spotkał płytę montażową, którą producent zdecydował się zrobić z mlecznego tworzywa – tutaj jednak uważam, że jednym z powodów była ergonomia.
Całkowita masa Mercury K1 to 1119 gramów na mojej wadze, co jest niezłym wynikiem jak na ten format. Zawdzięcza ona to niewątpliwie obecności aluminium w konstrukcji, lecz ważnym czynnikiem są także wypełnienia obecne w środku. Naturalnie nie ma mowy o jakiejkolwiek pracy na boki w trakcie normalnego użytkowania, ani nawet gdy celowo spróbujemy wygiąć klawiaturę w rękach – jest po prostu sztywniutko jak na gitowni. Jedyny zarzut mogę mieć w zasadzie do wykończenia, bo to zapewne przy mocniejszym zderzeniu (oczywiście niecelowym, każdemu może się zdarzyć) z twardym obiektem może odpaść, a przynajmniej takie mam wrażenie obcując z tym lakierem. Mogę się natomiast mylić, bo przecież niegdyś testowana przeze mnie HMKB 95 też jest malowana (tam akurat proszkowo) i jakoś po wielu miesiącach użytkowania nadal nic jej nie dolega. Fajnie byłoby też gdyby pokrętło do regulacji głośności było lepiej spasowane, bo w moim przypadku trochę lata ono na boki, ale przynajmniej też jest metalowe. No i to trochę durny zarzut, ale muszę o nim wspomnieć – jeśli nie dbacie o porządek to nie jest klawiatura dla Was, bo serio brudzi się ona niemiłosiernie i nawet jeżeli myjecie ręce przed korzystaniem z komputera, to ślady pozostawicie na powierzchni niewątpliwie, a jeśli nie korzystacie z dołączonego nakrycia antykurzowego, to wszelkie paprochy i inne cząsteczki unoszące się w powietrzu prędko zdominują każdy cal Mercury K1, chętnie przyczepiając się do jej gładkiej, porcelanowej tekstury.

Wnętrze
Dostanie się do środka kosmicznego modelu K1 od GravaStar jest nadzwyczaj proste, albowiem wystarczy odkręcić osiem śrubek z główką hex widocznych na spodzie obudowy, z tym że dwie z nich ukryte są pod gumkami antypoślizgowymi. Następnie zsuwamy metalową ramę z plastikowego spodu i po drodze odczepiamy kabelki łączące dwa akumulatory, po 4000 mAh każdy, od płytki drukowanej. Naszym oczom ukaże się wówczas PCB z przyklejoną do jej dołu białą pianką poron o niskiej porowatości oraz czarny silikon, którym producent wyłożył calutką spodnią część korpusu. Kolejnym krokiem jest odkręcenie czarnych śrubek z główkami philips blokującymi uszczelki z zastosowanego tutaj gasket mount’a. Takie rozwiązanie jest dosyć interesujące, bowiem nie spotyka się go często, ale ma jak najbardziej miejsce w świecie klawiatur dla entuzjastów. Widocznie GravaStar nie miał zbytnio jak zrealizować obudowy tak, aby jej spodni fragment skutecznie trzymał płytę montażową w miejscu, zatem zdecydował się na dużo prostsze, choć bardziej czasochłonne w demontażu, wyjście. Śrubki trzymają konkretnie plastikowe, przezroczyste fragmenty, których zadaniem jest wyłącznie zgniatać silikonowe uszczelki w wyznaczonych miejscach, tak aby gasket miał tutaj prawo bytu. Po ich odkręceniu możemy bez problemu usunąć plasticzki.
Jeżeli chcemy brnąć dalej, to następnym krokiem będzie odkręcenie płytki-córki i odłączenie tasiemki łączącej ją z faktycznym PCB, w którym osadzone są przełączniki. Musimy też odkręcić jedną śrubkę w miejscu niebieskiego kwadratu, który skrywa mechanizm „rolki” do regulacji głośności. Po tych czynnościach jesteśmy w końcu w stanie wysunąć PCB+plate assembly z metalowej ramy, co odkrywa nam między innymi obecność kolejnych dwóch pianek wypełniających po brzegi przestrzeń między PCB i płytą montażową – jedna to cienka warstwa IXPE uwydatniająca brzmienie, a druga to zwykły poron (niskoporowaty) zabijający pogłos i wysokie częstotliwości. Co najlepsze, GravaStar wepchnął tam nawet jeszcze cieńszą warstwę plastiku PET, tego samego co w butelkach, który chyba też ma na celu separować przełącznik od PCB i w ten sposób zmieniać generowany przez klawiaturę dźwięk, ale z doświadczenia wiem, że efektywność takiego działania jest wątpliwa. Moje podejście do pianek i innych tego typu wypełniaczy raczej znacie, więc tutaj zastanówmy się po prostu co chciał osiągnąć producent. Zważając na ilość pianek i ich niską porowatość oraz obecność grubego silikonu, GravaStar ewidentnie celował w basowe brzmienie. IXPE to po prostu PE foam i jego zadanie każdy zna – przełącznik staje się głośniejszy i bardziej „””marmurkowy”””, co część klientów bardzo lubi. No i echo jest tutaj kompletnie zabite przez zapełnienie każdego zakamarka, przez co fale dźwiękowe po prostu nie mają gdzie się nieść, zamiast tego odbijając się i lecąc bezpośrednio do naszych uszu.



Najciekawszym co tutaj zobaczymy jest natomiast coś innego – sposób montażu. Widzicie, producent zapewnia na stronie, że w Mercury K1 możemy swobodnie wybierać pomiędzy gasket mount’em i top mount’em. To prawda, bo jeżeli usuniemy przezroczyste plasticzki i zsuniemy silikonowe gumki ze skrzydełek odstających od płytki montażowej, a następnie przykręcimy ów płytę bezpośrednio do górnej ramy korpusu w wyznaczonych miejscach, to klawiaturę z montażem uszczelkowym przemieniliśmy w taką opartą o top mount właśnie. Jaka jest z tego korzyść zapytacie? Gasket z reguły stawia na większe uginanie, o ile zastosowane uszczelki są wystarczająco miękkie, podobnie jak płyta montażowa, a w dodatku charakterystycznie separuje brzmienie PCB+plate assembly od reszty klawiatury. Top mount zaś jest nieco sztywniejszy (choć tutaj też dużo większe znaczenie ma sama płytka), a dźwięk jest pełniejszy, bo wibracja i wynikająca z niej fala dźwiękowa swobodnie przedostaje się na powierzchnię obudowy, zamiast krążyć jedynie wewnątrz. Pozwolenie klientom na taki wybór to najlepsze co widziałem w ostatnich latach w klasycznych klawiaturach pre-built, a więc takich gotowych do pracy prosto z pudełka.
Nieco mniej interesujące jest pokrętło, rolka – zwał jak zwał. Opiera się ona na elemencie spoczywającym na dwóch sprężynkach stawiających opór z obu stron, a także trzech mikroprzełącznikach, podobnych do tych w myszkach. Gdy przechylimy regulator do przodu, ugniemy sprężynkę i sięgniemy jednego przełącznika, w efekcie go aktywując; podobnie stanie się do tyłu. Wciskając go z kolei w sam środek zapadną się obydwie sprężyny, a my wciśniemy tym sposobem centralny mikroprzełącznik, dając jeszcze inny sygnał, tu akurat wyciszenie dźwięku systemowego. W mojej skromnej opinii jest to rozwiązanie absurdalnie skomplikowane i biorąc pod uwagę jak beznadziejnie działa, to po prostu bezsensowne. Taniej wyszłoby dać tutaj prosty enkoder i zwykłą rolkę albo już nawet to nieszczęsne pokrętło pionowe. Wyszłoby na to samo, to znaczy mielibyśmy regulację głośności, ale przynajmniej całość działałaby niezawodnie.


Ergonomia
Zacznijmy sobie od tego co widać od zewnątrz, bo w środku tego arcydzieła dzieje się coś czego nie spotkałem jeszcze w konwencjonalnych klawiaturach „marketowych” dla mas, więc zapewne rozpiszę się w moim stylu. Na spodzie korpusu znajdziemy podwójne nóżki do regulacji kąta nachylenia, dzięki czemu otrzymujemy trzystopniową regulację. Każdy znajdzie zatem coś dla siebie, gdyż podstawowy kąt wynosi 5,5°, środkowy 7,5°, a najwyższy 10,7°. W rogach producent umieścił gumki antypoślizgowe dosyć dobrze trzymające klawiaturę w miejscu, a nawet po rozłożeniu nóżek nie tracimy przyczepności, bowiem te też są zakończone ogumieniem – choć co ciekawe, Mercury K1 ślizgała się po mojej macie z cordury nieco bardziej niż inne testowane przeze mnie w ostatnich latach klawiatury o podobnej masie. Nie jest to jednak moim zdaniem powód do obaw, bo wystarczy położyć ją bezpośrednio na biurku, albo po prostu nie przejmować się tym minimalnie gorszym poziomem stabilności, niewpływającym w zasadzie na nic w praktyce. Prawy górny róg zdobi coś na wzór rolki do regulacji głośności, lecz jej działanie znacząco odbiega od tego co znałem. Nie ma tutaj bowiem swobodnego obrotu, a zamiast tego leciutkie przesuwanie suwaka w górę i do dołu. Po obu stronach są mikroprzełączniki, które wprowadzają sygnał do komputera i w ten sposób systemowa głośność rośnie tudzież spada. Wciśnięcie „rolki” w środek spowoduje z kolei wyciszenie dźwięku kompletnie, choć wolałbym w tym miejscu pauzę. Element ten okazuje się póki co być najsłabszym ogniwem K1, bo nie tylko nie jest on najlepiej spasowany, ale w moim przypadku po prostu czasami nie działa. Muszę albo mocniej go dociskać, albo pod innym kątem, żeby ten w ogóle łapał. Cóż, są po prostu takie aspekty, w których nie warto eksperymentować i lepiej pozostać przy sprawdzonych i znanych przez rynek metodach.
GravaStar Mercury K1 to kolejna na rynku klawiatura w rozmiarze 75% i to tym lepszym, bo exploded. To znaczy tak jakby, bo w exploded chodzi o to, że każda sekcja jest od siebie oddzielona przerwą, a tutaj w zasadzie tylko rząd funkcyjny odstaje od reszty. Strzałki są połączone, klawisze nawigacyjne też, ale nie było to aż tak ciężkie do nauczenia dla moich palców, więc przymykam na to oko. Dostajemy też dwa blockery, czyli te puste przestrzenie pomiędzy Fn i lewą strzałką oraz prawą strzałką i PageDown – po to żeby celniej trafiać. Jest to też swego rodzaju wyraz stylistyczny, który jednym się podoba, a inni porównują go do przerwy między zębami. Ja osobiście lubię blockery, choć nie przepadam za formatem 75%, bo ten po prostu mnie ogranicza nie dając mi nic w zamian, a do tego całościowo wygląda po prostu okropnie. Jestem od lat fanem TKL-i i to do ich funkcjonalności się przyzwyczaiłem, a takie ściskanie klawiszy żeby za wszelką cenę oszczędzić kilka centymetrów na biurku jest dla mnie paranoją – ale oczywiście co kto lubi, broń Boże nie zakazuję Wam lubić tego rozmiaru.
Na szczęście w kwestii układu nie ma cudów i wymyślania koła na nowo – najzwyklejsze ANSI z tym wyjątkiem, że po prawo Shift jest skrócony żeby pomieścić sekcję strzałek, a rząd niżej mamy tylko dwa przyciski zamiast czterech. Najlepszym co zrobił GravaStar jest rzecz jasna danie nam prawego Alta w rozmiarze 1.25u, a nie jak to lubią często robić producenci 1u. Dzięki temu my, Polacy, możemy komfortowo korzystać z tej klawiatury i nie musimy męczyć się ze zbyt małym AltGr służącym nam do wprowadzania znaków z ogonkami 🙂 Jak zaś chodzi o wysokość frontową, to ta wynosi 21,3 mm, a ta efektywna (mierzona od samego spodu do czubka przełącznika spacji) – 26,5 mm. Można więc założyć, że nikt nie będzie potrzebował podpórki pod nadgarstki, bowiem nie mamy tu do czynienia z przesadnie wysokim urządzeniem, a wręcz takim idealnie osadzonym w standardzie. Jeżeli natomiast bolą Was nadgarstki przy korzystaniu z klawiatur o takiej wysokości, to proponuję w pierwszej kolejności zastanowić się nad techniką pisania (nadgarstki powinny lewitować, a nie opierać się o twarde biurko) przed kupowaniem dodatkowych akcesoriów.
No dobrze, przejdźmy więc do wisienki na torcie, czyli opisanego już pokrótce systemu dwojakiego montażu płyty wewnątrz obudowy GravaStar Mercury K1. Domyślnie producent zdecydował się dać nam tutaj popularny w ostatnich latach gasket mount, a więc metodę działającą w oparciu o uszczelki trzymające z obu stron płytę montażową, w tym przypadku skompresowane od góry i od dołu przez kolejno obudowę i plastikowe osłonki. Mamy natomiast też opcję przykręcenia płytki do górnej części obudowy za pomocą śrubek, czyniąc K1 klawiaturą top mount. Jak już pisałem, jestem wielkim fanem takiego rozwiązania, bo to oznacza, że producent chce nam dać większe pole do popisu w temacie dopasowania sprzętu pod własne preferencje, a w dodatku nie zamyka się wyłącznie na nudny jak flaki z olejem gasket. Klawiatury „marketowe” ewoluowały bowiem bardzo szybko z beznadziejnego tray mount’a bezpośrednio do montażu uszczelkowego, pomijając przy tym takie doskonałości jak plateless czy top mount właśnie – a to wielka strata dla typowego odbiorcy, bo jest przez to mocno ograniczony i nie może doświadczać tego, czym entuzjaści jarają się najbardziej.

Gasket w testowanym w ramach tego tekstu sprzęcie jest zrealizowany co do zasady zaskakująco dobrze, to znaczy nie mamy pianek jako uszczelek, a silikon – choć w mojej opinii nieco zbyt twardy. Montaż w obudowie też jest świetny, to znaczy wykorzystanie specjalnie do tego stworzonych plastikowych wstawek tylko po to żeby sensownie całość złożyć ma wiele sensu i spełnia swoją rolę doskonale – nie ma chodzenia na skróty jak w niektórych propozycjach Redragon chociażby. Jedyny zarzut mam w zasadzie do środkowego skrzydła przy przedniej krawędzi, które znajduje się blisko spacji, a co za tym idzie tworzy niepotrzebnie twardy punkt na tym już i tak ciężkim klawiszu. Konsensus wśród fanatyków klawiaturowych jest taki, że rozmieszczamy uszczelki wedle własnego uznania, ale spacja jest rzeczą świętą i tam nie dajemy niczego, nigdy. Można rzecz jasna we własnym zakresie usunąć stamtąd uszczelkę albo nawet obciąć wystające z płytki montażowej skrzydło, ale wolałbym gdyby producent lepiej przemyślał swój projekt i zrobił to fabrycznie. Niestety, wszystkie te zalety nikną prędko w cieniu przez jeden zasadniczy problem – wypełniacze w obudowie. Gdybym dostawał złotówkę za każdą klawiaturę z dobrze zaimplementowanym gasketem, którą recenzuję na łamach bloga, z tym samym problemem, to miałbym pewnie z dziesięć złotych (w żarcie chodzi o to, że piszę ostatnimi czasy naprawdę mało tekstów) – wypchanie calutkiej domyślnie pustej przestrzeni wewnątrz korpusu silikonami i piankami nie sprzyja uginaniu, ani w ogóle jakiemukolwiek ruchowi PCB+plate assembly w osi pionowej, a to przecież jest połowa całej logiki stojącej za montażem uszczelkowym. Po co nam on bowiem, skoro i tak brzmienie tłumi nam wypełniacz i skoro niweluje przy okazji wszelki flex?
Przy fabrycznej konfiguracji, opiewającej we wszystkie wypełnienia i gasket pod spacją, nie odczujemy praktycznie żadnego ruchu. Wciskanie klawiszy jest marginalnie zmiękczone, ale równie dobrze może to wynikać z zastosowania plastikowej płytki montażowej, konkretnie z poliwęglanu, która sama w sobie zapewnia konstrukcji pewien poziom miękkości i potencjału do uginania. Żeby więc sprawdzić realny wpływ gasket mount’a na wrażenia z pisania na GravaStar Mercury K1 postanowiłem wyrzucić te wszystkie śmieci z jej środka i przetestować ją w takiej, surowszej formie. Efekty okazały się przewidywalne, choć niemniej intrygujące. Przed wszystkim niezastosowanie uszczelki tuż pod spacją zapewniło wyraźny wzrost poziomu uginania w sekcji alfanumerycznej, natomiast przykręcenie niebieskiego plasticzku skrywającego „rolkę” do obudowy spowodowało powstanie hard spotu w okolicy prawego górnego rogu. Mógłbym to naturalnie zniwelować pozostawiając śrubę nieprzykręconą, ale wówczas wciskanie rolki powodowałoby brzydkie uginanie się jej wraz z PCB, a przy tym prawdopodobnie interferencję z korpusem. Spodziewałem się znacznego wzrostu wyczuwalnego odbijania na przestrzeni całej klawiatury, szczególnie biorąc pod uwagę jak pocięta jest płytka montażowa i ta drukowana, ale szczerze powiedziawszy nie wziąłem pod uwagę jak twarde silikony zastosował producent. Ogólnie rzecz biorąc GravaStar Merucury K1 zachowuje się po wprowadzonych modyfikacjach naprawdę satysfakcjonująco i o ile myślałem, że poziom uginania będzie jeszcze większy, to i tak korzystało mi się z niej wybitnie. Nie jest to też rzecz jasna F1-722 czy inna wybitna klawiatura za pięciokrotność testowanego dziś sprzętu, ale gdybym miał do dyspozycji tylko kilka stówek, to wcale bym takim nie pogardził – oczywiście w tej konfiguracji, bo z piankami jest istna padaka.
Top mount wypełniony piankami zachowuje się bardzo podobnie do wypełnionego gasketa, więc nie ma nawet po co się nad nim rozwodzić. Gdybym się uparł, to pewnie bym poczuł delikatnie twardszy bottom-out i ciut więcej bounce’u względem flexu, ale to już prędzej placebo niż faktyczna różnica. Przejdźmy więc od razu do takiego bez wypełniaczy, bo tu zaczyna być ciekawie. Flex jakotaki naturalnie maleje względem gasketa, co nie powinno nikogo dziwić, bo w końcu tutaj płytka przymocowana jest na twardo śrubami, a nie zawieszona na względnie elastycznych gumkach. Występuje za to bounce, czyli wyraźne odbijanie całego PCB+plate assembly wraz z każdym wciśnięciem klawisza. Ponadto przez zastosowanie płytki z giętkiego, ale jednocześnie twardego, poliwęglanu, wibracja przenosi się z jednej strony na drugą, a więc w trakcie pisania odczuwamy stuknięcia wygenerowane przez klikanie lewej dłoni po drugiej stronie klawiatury i vice versa. Takie wrażenia z użytkowania bardzo lubię i nie bez powodu GEON.WORKS W1-AT R2 była przeze mnie tak wychwalana w dedykowanej recenzji, bowiem tam bounce jest na najwyższym poziomie – ale tutaj też jest on naprawdę przyjemny i jak na cenę, którą przyjdzie nam zapłacić za Mercury K1, wypada on nieźle. Fajnie byłoby w sumie dostać też opcję dokupienia płytki montażowej z innego materiału, na przykład aluminium, żeby utwardzić trochę feeling – ale widocznie tym potencjalny klient jeszcze nie jest w żadnym stopniu zainteresowany, bo aktualnie panuje trend miękkości.

Keycapy
Doskonałym dopełnieniem dla i tak świetnie zaprojektowanej klawiatury jaką jest GravaStar Mercury K1 są zamontowane na niej nakładki. Obyłoby się moim zdaniem bez wymyślania czegokolwiek stricte wpasowującego się w stylistykę kosmosu i obcych ras, na przykład standardowe nieprześwitujące Cherry, ale zamiast tego producent postawił na dwuczęściowe keycapy imitujące na swój sposób kostki lodu (a przynajmniej mam nadzieję, że taki był zamysł). Można więc rzec, że mamy tu do czynienia z double-shot’em, ale w praktyce nie przekłada się to na te same korzyści co w konwencjonalnych nakładkach. Tutaj bowiem wewnętrza warstwa jest wykonana z jednolitego, jasnoniebieskiego ABS-u, zaś ta zewnętrza to przezroczysty poliwęglan. Nadruki skrywają się z kolei na froncie każdego z keycapów, tworząc tak zwany styl ninja. Co do zasady nie ma znaczenia jak naniesiono literki, bowiem te i tak nie mają kontaktu z naszymi palcami i tak czy inaczej nigdy nie zejdą, choć tu w dodatku chroni je ta przezroczysta warstwa – to znaczy tak to wygląda pod każdym kątem i szczerze wątpię żeby był to laserowy grawer w zewnętrznym poliwęglanie bez wyczuwalnej różnicy w fakturze. Podoba mi się podejście marki GravaStar do stylu, bo nie oszczędza nawet na takiej płaszczyźnie, choć spokojnie by mogła. Dzięki temu dostajemy bardzo fajny efekt i zgraną całość.


Profil to coś na styl ASA albo innego OSA, w każdym razie wyższe od standardowych wisienek i z powierzchnią o ukształtowaniu zbliżonym do sferycznego. Każdy róg jest łagodnie zaokrąglony, co tylko potęguje tę wizualną kompatybilność z korpusem, a do tego jest po prostu mega komfortowe w użytkowaniu. Jara mnie też jak pogłębione zostały F i J, czyli przyciski normalnie oznaczane belkami, które pomagają palcom poprawnie ułożyć się na tak zwanym home row. Poniekąd za sprawą użycia PC do zewnętrznej warstwy jej powierzchnia jest tak gładziutka w dotyku, jak obudowa. Dla jednych może to być problemem, bowiem wolą suchą teksturę znaną z PBT, ale mi w żadnym wypadku to nie przeszkadza, bo jestem fanem wytartych ABS-ów, a co dopiero fabrycznie gładziutkich w ten „mokry” sposób nakładek. Jak z kolei chodzi o grubość ścianek bocznych, to ta wynosi (w zależności od mierzonego boku) od 1,3 mm do nawet 1,9 mm, z dominującą wartością powyżej 1,5 mm, a więc jest ogromna i dorównuje takim markom jak popularne wśród entuzjastów GMK.
Ważną cechą nakładek jest oczywiście czcionka, gdyż ta może zarówno świetnie dopełnić całość, jak i kompletnie zrujnować wygląd klawiatury. Na szczęście GravaStar nie eksperymentował na tej płaszczyźnie i dał nam prosty, elegancki wręcz krój pisma opiewający w dosyć duże literki z domkniętymi brzuszkami, w dodatku z wyraźnym kontrastem pomimo trudnego środowiska jakim jest jasne tło (legendy są tu bowiem szare, więc widać je świetnie – gdyby były białe to pojawiłby się problem). Nierówności jest co niemiara, ale trochę się tego spodziewałem. Producent nie korzysta przecież z zaufanych metod jak dye-sublimation czy podwójny wtrysk do wykonania samych w sobie nadruków, więc takie wady są po prostu nieuniknione. Jasne, dałoby się to ogarnąć lepszą kontrolą jakości, ale z drugiej strony sporo budżetu musiało już pójść na inne aspekty klawiatury Mercury K1, więc widocznie to właśnie tutaj postanowił oszczędzić producent. Najbardziej nie pasują mi jednak nie te krzywe linie o różnej grubości, a brak spójności na modyfikatorach. Backspace i Enter to ikonki, a Shifty, Tab i CapsLock to słowa. Czemu? A żeby było jeszcze lepiej, Windows i oba Alty dostały w sąsiedztwie napisu ikonki, bo przecież niektórzy mogą chcieć korzystać z tej klawki na Macu i potrzebują Option oraz Command, a bez nadruków nie trafią w odpowiednie klawisze. Oczywiście żartuję, ale takie dopychanie znaczków tworzy niepotrzebne zamieszanie, zaś niespójność po prostu brzydko wygląda.

Stabilizatory
GravaStar Mercury K1 oferuje nam świetne staby, z których nie wydobywa się praktycznie żaden niepożądany odgłos. Producent zadbał bowiem o przymocowane na klipsy do płytki montażowej, znajdujące się pod każdym dłuższym niż 2u klawiszem, stabilizatory, poprzez naniesienie na ich druciki grubego smarowidła. Jest go tam sporo i to dobrze rozprowadzonego (do tego stopnia, że na pierwszy rzut oka nawet nic nie widać, bo jest osadzony głęboko – tam gdzie powinien), dzięki czemu druciki nie wydają żadnych klekoczących odgłosów. Robótka wygląda w dodatku na tyle dobrze, że nie spodziewałbym się konieczności poprawiania smarowania we własnym zakresie przez długi okres od zakupu. Cieszy mnie niezmiernie, że tak dopracowane stabilizatory stają się obecnie standardem i kupując dowolną klawiaturę prawie w ogóle nie musimy martwić się, że dostaniemy suche lub źle przesmarowane staby. Choć ostatnimi czasy natrafiłem na kilka modeli z delikatnie niedoskonałym brzmieniem wynikającym z krzywych bądź błędnie smarowanych drutów, to ogólnikowo rynek ma się naprawdę dobrze i są to wciąż wyjątki.

Przełączniki
Zeszły rok opiewał na blogu w recenzje klawiatur magnetycznych, którymi jestem ewidentnie zafascynowany, bo technologia ta przemawia do mnie na każdej płaszczyźnie i osobiście nie widzę powodów żeby wciąż zostawać przy opartych na metalowych stykach switchach. Mimo to nadal istnieje rzesza ludzi lubiących klasyczne liniowce przez wzgląd na ich brzmienie, a rynek nie lubi próżni, więc nadal serwuje takowym produkty dopasowane do ich preferencji. Jednym z nich jest testowana dzisiaj GravaStar Mercury K1 i co ciekawe producent nie oferuje żadnego wariantu w serii na przełącznikach magnetycznych. To dla mnie stosunkowo dziwne, albowiem uważam taką kosmiczną konstrukcję za idealne środowisko dla technologii opartej o Efekt Halla. Ale cóż, widocznie nie można mieć wszystkiego i coś musiało zaważyć na takiej decyzji ze strony marki GravaStar – prawdopodobnie fakt istnienia osobnej linii V75, która to wygląda bardzo podobnie do K1 i opiera się na switchach HE, choć to czyni decyzję jeszcze dziwniejszą, bo można było się zamknąć w jednej linii zamiast dwóch osobnych różniących się jedynie switchami i oprogramowaniem.
Zamontowane w przedmiocie dzisiejszego tekstu klawiaturze są Kailh Cherry Pink, czyli liniowe przełączniki o skoku skróconym do 3,5 mm, punkcie aktywacji osadzonym na poziomie 1,5 mm oraz wydłużonej sprężynie generującej slow-curve. Jej wyważenie należy do kategorii tych lżejszych, bowiem jak podaje producent wymaga ona od naszych placów użycia 40 gramów siły do doprowadzenia trzpienia na wspomniany poziom 1,5 milimetra, ale za to nie otrzymujemy w specyfikacji wzmianki o końcowym oporze – ten oceniam osobiście na jakieś 55 gf, czyli kilka gramów mniej niż lubią moje palce. Mimo tego pisało i grało mi się na tych switchach komfortowo, chociaż dosyć często musiałem liczyć się z mniejszą kontrolą nad wykonywanymi w grach czynnościami, bo klawisz po prostu zapadał się pod naciskiem opuszka, na co niewątpliwie wpływ ma też ta 21 milimetrowa sprężyna z pre-load’em. Jak z kolei chodzi o materiały, to producent poszedł nam na rękę i bez zawahania podał wszystkie z nich w opisie. Dzięki temu wiemy, że górna część obudowy wykonana jest z poliwęglanu, spód z nylonu, a trzon z polioksymetylenu. Mamy tutaj zatem bardzo podstawowe połączenie, znane z setek innych modeli – lecz to nic złego, bowiem skoro jest ono popularne, to wynika to z z faktu, że taka kombinacja po prostu się sprawdza zarówno pod kątem brzmienia, jak i feelingu.

Przez wzgląd na zastosowanie w GravaStar Mercury K1 switchy niemagnetycznych mam pewne wątpliwości co do targetu tej klawiatury, albowiem istnieje aktualnie wiele opcji na rynku dużo lepiej przystosowanych stricte do grania, jak i zresztą pisania (tak, jestem tak wielkim fanem HE, że uważam tę technologię za lepszą w liniowcach zarówno w trakcie jednej, jak i drugiej czynności). Niemniej jednak wspomniałem już wcześniej, że spore grono odbiorców nadal preferuje konwencjonalne, oparne na metalowych stykach, przełączniki i to po prostu do takich osób jest skierowany gość dzisiejszego testu. Osobiście nie mam nic do zarzucenia zamontowanym tu Kailh Cherry Pink, bowiem te są stosunkowo dobrze przesmarowane fabrycznie, co zapewnia im naprawdę gładką pracę (rzecz jasna nie na poziomie bezkontaktowców, ale blisko), a wobble jest co prawda wyczuwalny, ale nie przeszkadza aż tak bardzo w codziennym użytkowaniu. Na spodzie znajdują się zaś dwie dodatkowe nóżki stabilizujące, które trzymają przełącznik równo w PCB, natomiast tuż pod nimi widoczne są gniazda hot-swap pozwalające na swobodną wymianę switchy na dowolne inne MX style, gdyby ta domyślna opcja nam nie podpasowała. Użytkując K1 przez kilka tygodni miałem okazję na niej zarówno grać jak i pisać teksty i dochodzę do wniosku, że realny przeskok z takiej „mechanicznej” klawki na magnetyka nie jest aż tak ogromny i da się na testowanym dziś sprzęcie naprawdę komfortowo pograć, zaś do pisania i innych codziennych zadań sprawuje się on doskonale za sprawą wielu zapewnionych nam tu przez producenta cech – lecz stricte przełącznikowo jest to po prostu dobra opcja jeśli lubicie liniowy skok bez wyczuwalnego punktu aktywacji i z lekkimi sprężynami. Szkoda jedynie, że GravaStar nie daje opcji wyboru wariantu przełącznikowego, bo przydałyby się tutaj albo cięższe liniowce, albo jakieś tactile.

Brzmienie
Nie zaszokuję Was jeśli powiem, że klawiatura wypchana po brzegi piankami i silikonem brzmi jak… klawiatura wypchana po brzegi piankami i silikonem. Stukanie jest zatem charakterystycznie wytłumione z jakiejkolwiek rezonancji czy innego pogłosu, a cieniutka warstwa pianki IXPE osadzonej bezpośrednio na powierzchni PCB skutecznie uwydatnia całość, podgłaśniając dźwięk i nadając mu lubianego przez młode pokolenie zabarwienia. Mercury K1 nie sprawdzi się zatem w otoczeniu, w którym stawiamy przede wszystkim na ciszę, ale za to jeżeli uwielbiacie te mitycznie thocki, clacki, creamy, marbly i inne te chwytliwe słówka bez realnego znaczenia, to będzie to niewątpliwie klawiatura dla Was. Mi nie przypadła akustycznie do gustu, bo mam jednak trochę konserwatywne podejście do brzmienia, ale w pełni rozumiem dlaczego komuś mogłoby to się spodobać. Szkoda natomiast, że skoro marka GravaStar potrafi dać nam tutaj opcję wyboru pomiędzy gasketem i top-mount’em, to już jednak przerasta ją umieszczenie pianek w osobnym kartoniku z opcją samodzielnego ich zamontowania wewnątrz obudowy. Może i to błahe, ale w mojej głowie im surowsza klawiatura domyślnie, tym lepiej – widzimy wtedy bowiem co nam w niej nie pasuje i jak brzmi bez modyfikowania oraz co możemy w niej zmienić zapewnionymi nam w komplecie narzędziami. Z drugiej strony większość klientów raczej nie ma zamiaru grzebać w środku i woli mieć pianki wrzucone przez producenta, a takie osoby jak ja mogą bez najmniejszego problemu je po prostu stamtąd usunąć. Cóż, case podobny do Dark Project Gamma.
Ciekawi Was zatem pewnie jak Mercury K1 brzmi bez pianek i silikonu w środku, a jako że testowałem obydwie metody montażu z i bez wypełniaczy, to mogę też coś powiedzieć w temacie dźwięku. O ile sprawa była w miarę jasna poprzednio, to znaczy w domyślnej konfiguracji akustycznej zarówno gasket jak i top mount generowały praktycznie identyczne dźwięki, tak po samodzielnym usunięciu pianek ze środka otrzymujemy dwa nieco odmienne efekty w zależności od zastosowanej metody montażu. Tym zdecydowanie mniej przyjemnym dla ucha okazuje się być top mount przez ilość powstającej przy nim rezonancji we wnętrzu klawiatury. Brak wypełniaczy w korpusie złożonym ze stosunkowo cienkiej warstwy aluminium i plastikowego spodu, a także bez jakichkolwiek ruchów ze strony producenta w kierunku poprawienia akustyki bez dodatkowych pianek, powodują że fale dźwiękowe kompletnie szaleją i niosą się jak chcą, gdzieniegdzie po prostu tworząc efekt bardzo niekomfortowy dla ucha. Zauważyłem, że najgorzej jest przy krawędziach, gdzie klawisze mają najbardziej zauważalny metalowy pogłos i to wbrew pozorom nie ze sprężyn przełączników. Sekcja alfanumeryczna nie jest taka straszna, to znaczy też ma niezłe echo, ale nie boli to w uszy, a wręcz przypomina jak wszystkie klawiatury brzmiały te 5 lat temu. Nie jest więc źle, ale chyba nawet ja w tym przypadku dałbym tutaj chociaż tę silikonową wkładkę na spód żeby choćby minimalnie zapobiec rezonowaniu, nie tracąc przy tym znacznie na feelingu. Dobrą metodą poradzenia sobie z tym byłoby też pozbawienie płytki montażowej i PCB nacięć na przestrzeni praktycznie każdego rzędu, ale to już taka moja uwaga do decydowania się na wrzucenie nam czegoś takiego do klawiatury bez przemyślenia tematu – flex-cut’y nie są dobre jeżeli napchamy ich wszędzie i w takiej ilości, serio.
Trochę bardziej kolorowo jest z gasketem, bo w tym przypadku uszczelki skutecznie separują brzmienie PCB+plate assembly od reszty korpusu, co pozwala pozbyć się części niechcianych dźwięków. Mówię części, bo echa nie zabije się innym montażem, tylko kompletną zmianą designu lub umieszczeniem w środku wygłuszaczy. Stukanie nie jest też tak pełne jak bym od niego oczekiwał, przez wzgląd na wspomniane wcześniej nacięcia na obu płytkach. Z tych dwóch opcji bardziej podoba mi się zatem jak brzmi gasket bez pianek, bowiem są to odgłosy dużo równiejsze, pozbawione niechcianych gości. Lubię echo jeśli to jest przyjemne dla ucha i tutaj szczerze powiem, że o ile nie mamy do czynienia z poziomem plastikowych klawiatur pokroju KeeBox M0110, gdzie echo odgrywa najważniejszą rolę w akustyce i to dzięki niemu tak bardzo lubię ten budżetowy produkt, to mimo wszystko byłbym w stanie na co dzień korzystać z GravaStar Mercury K1 w takiej konfiguracji. Niemniej jednak mając sześć warstw wygłuszenia do dyspozycji zawsze można podreperować niekoniecznie przypadające nam do gustu aspekty brzmienia i to właśnie czyni recenzowany w ramach tego artykułu sprzęt tak świetnym – jeżeli odpowiada Ci fabryczne brzmienie to super, ale jeżeli chcesz coś tutaj zmienić to nie ma żadnych powodów żeby tego nie zrobić. Jest to czynność łatwa, przyjemna, a w dodatku uczy użytkownika jak wygląda to w klawiaturach dużo droższych, zwanych z reguły „customowymi„.
Podświetlenie
Tak jak do świecidełek w klawiaturach podchodzę z dystansem, tak tutaj akurat muszę przyznać, że bez podświetlenia nie byłaby to ta sama klawiatura. GravaStar zastosował bowiem ciekawe rozwiązanie jakim jest underglow (albo sideglow?), o którym rozpisywałem się trochę w sekcji Wygląd. Teraz zatem skrótowo, przez otwory w nietypowej strukturze korpusu Mercury K1 widoczne są mleczne fragmenty obudowy, za którymi bezpośrednio osadzone są konfigurowalne LED-y rozświetlające pięknie calutką klawiaturę. Ustawiając barwę pasującą do reszty uzyskujemy naprawdę genialny efekt, którego sam nie powstydziłbym się na biurku. Dodatkowo keycapy nie są w żaden sposób prześwitujące, więc nie tracimy na jakości, a diody znajdujące się pod klawiszami osadzone są w orientacji południowej, prawdopodobnie przez wzgląd na skierowanie nadruków w naszą stronę, ale w efekcie bardziej poprawnie i zgodnie ze specyfikacjami Cherry sprzed dziesiątek lat. Same switche zawierają dyfuzory wyciągające światło z przylutowanych do powierzchni płytki drukowanej LED-ów SMD, a prześwitująca płytka montażowa tylko w tym wszystkim pomaga, czyniąc podświetlenie w GravaStar Mercury K1 naprawdę jasnym i wizualnie satysfakcjonującym.
Z oczywistości, kolor światła, animację i jasność konfigurujemy z poziomu oprogramowania, a do wyboru mamy ogromny wachlarz opcji oraz każdą barwę znaną ludzkości (oczywiście w standardzie RGB, więc w sumie 255x255x255=16581375). Żółty wygląda średnio przez naturę diod tworzących kolor w wyniku połączenia trzech pomniejszych diod świecących w barwach podstawowych, a biały w miarę pasuje do stylistyki wariantu Ice Blue, bo wpada wyraźnie w chłodny niebieski. Nie sprawdzi się on natomiast w innych opcjach, bo nie jest to czysta biel. Zauważyłem też, że włączając tryb bezprzewodowy jasność podświetlenia delikatnie spada, prawdopodobnie celem oszczędzania energii. A, no i nie znalazłem w oprogramowaniu opcji zmiany koloru podświetlenia bocznego ani logo obok strzałek, jedynie tego pod klawiszami. Może to jednak wynikać stricte z mojej ślepoty, głupoty albo niechęci do wertowania stron w tej okropnej aplikacji. Ciekawostką jest z kolei, że logo jest tutaj lampką kontrolną CapsLocka i zmienia ona kolor na stały „biały” gdy włączymy wielkie litery.

Oprogramowanie
Boże, jaki fatalny software. Ostatnie lata przyzwyczaiły nas trochę do oprogramowania osadzonego w przeglądarce i z tego też powodu trochę spodziewałem się podobnej sytuacji tutaj. Ku mojemu zdziwieniu, GravaStar rzeczywiście oferuje aplikację przeglądarkową, ale kompatybilną wyłącznie z jej magnetycznymi klawiaturami z serii V. K1 wymaga za to pobrania programu na komputer i samo w sobie to nie jest problemem, bo sam nawet wolę mieć taką opcję – ale opcję, nie przymus. Gdybym miał bowiem korzystać z klawiatury na co dzień to wolałbym mieć program zainstalowany w pamięci, głównie żeby mieć dostęp do niego w każdej chwili, nawet gdy padną serwery, coś zadzieje się z siecią po mojej stronie lub po prostu producent przestanie wspierać dany model klawiatury. Podczas testów lub do szybkich poprawek wolę natomiast przeglądarkowe rozwiązanie, bo jest ono po prostu szybsze i nie muszę trzymać bloatware’u na komputerze. Wybaczyłbym jednak GravaStar Mercury K1 konieczność korzystania z instalowanego oprogramowania gdyby nie jeden zasadniczy problem.
Software oferowany przez tę markę to jakaś porażka, która nie wyszła chyba z roku 2012. Ostatnim razem tak beznadziejnie zaprojektowaną apkę widziałem testując jakiegoś Redragona albo innego Modecoma 7 lat temu. Szata graficzna boli w oczy, całość ładuje się wiekami, wgrywanie ustawień do pamięci wbudowanej urządzenia trwa jeszcze dłużej, a opcje są tak poukrywane i tak bezsensownie posortowane, że ciężko w zasadzie cokolwiek tu znaleźć. Możemy w miarę swobodnie zmienić działanie poszczególnych klawiszy, w tym FN, ale z wyłączeniem „rolki”, a także ustawić podświetlenie wedle uznania. Zmienimy tu też czas bezczynności po jakim światła gasną, a także nagramy i przypiszemy makra, ale to w zasadzie tyle. Brakuje mi wspomnianego wcześniej ustawienia koloru podświetlenia logo producenta i sideglow’u, ale brak możliwości zmiany działania „rolki” do regulacji głośności przeszkadza mi chyba bardziej. Funkcjonalnie jest zatem klasycznie, trochę wybrakowanie, ale znośnie – lecz działanie tego oprogramowania pozostawia naprawdę wiele do życzenia. Na szczęście klawiatura zapamiętuje nasze ustawienia i możemy po jednorazowej konfiguracji po prostu je odinstalować i nigdy więcej nie mieć już z nim do czynienia.
Bezprzewodowość
Wygodny w pracy Bluetooth i wręcz stworzone do grania 2,4 GHz powoli stają się standardem w klawiaturach i wręcz niegrzecznym jest takowych opcji nie dać, o ile nie ma się ku temu odpowiednich powodów – na przykład żrącą prąd jak zła magnetyczność. GravaStar daje zatem w Mercury K1 obydwa, a na spodzie znajdziemy adapter radiowy w specjalnie przygotowanym pod to schowku. To super rozwiązanie, bo pozwala zabrać go ze sobą na przykład w podróż, bez obaw o zgubienie. Dwa ogromne akumulatory to naturalnie strach przed eksplozją (tak, sporo producentów ma z tym problemy i albo puchną jak w NuPhy albo wybuchają jak w AULA – ale nie dajcie się też zastraszyć, bo to serio rzadkie zjawisko i równie dobrze meteoryt może spaść Wam na dach domu), ale też potencjał na długi czas pracy. Rozkręciłem więc podświetlenie na maksa i testowałem robiąc przy komputerze to co zwykle, czyli pisząc i grając w gierki. Od stu procent bateria potrzebowała prawie jedenastu dni żeby dojść do 10%, gdzie zgasły lampki, a kolejne dwie doby ciągnęła w ciemności, aż odmówiła dalszej pracy. To genialny wynik, choć nie najlepszy jaki znam. Prawie dwa tygodnie pracy na klawiaturze bezprzewodowej skutecznie pozwoli nam zapomnieć o burdelu jaki tworzą na biurku kable, a także da perspektywy na komfort chociażby w trakcie podróży, gdzie miejsca jest mało i niekoniecznie chcemy męczyć się z wiszącym przewodem.
Jak zaś chodzi o jakość połączenia, to to jest wybitne, a przynajmniej po 2,4 GHz. Bluetooth’a nie miałem okazji sprawdzić „w terenie”, bo nie mam do tego odbiornika w komputerze, ale podłączając się na moment do laptopa nie odczułem poważnych opóźnień mogących zakłócić swobodę pracy z tekstem. Do grania wybierałbym jednak opcję o lepszej przepustowości, bo jak dowodzą moje testy w osu! i CS2, w zasadzie nie idzie odczuć jakiejkolwiek różnicy względem połączenia przewodowego, o ile nie jesteś światowej klasy pro-playerem. Łącze też nie przerywało, nie doświadczyłem żadnych nagłych wyłączeń – jest stabilnie i można bez obaw tak grać nawet w wymagające tytuły.
Ocena końcowa
Serio, brakowało mi takich testów. Od miesięcy mam problemy z trzymaniem jakiejkolwiek dyscypliny publikowania na blogu, a wynika to głównie z ilości nieciekawych i zwyczajnie oklepanych konceptów, które obecne są na rynku i które trafiają na moje (często niestety z własnego wyboru) biurko. Nie mam przy tym na myśli, że produkty takie jak SMX Sanshu czy Keychron K2 HE są niewarte uwagi, co po prostu dla mnie, entuzjasty klawiaturowego, oferują nieco za mało nieprzeciętnych i innowacyjnych cech. GravaStar Mercury K1 pozwoliła mi trochę przełamać tę passę, bo w zasadzie niewiele klawiatura ta robi jak inni gracze na rynku. Stylistyka jest doprawdy niecodzienna i w dodatku trafiająca w moje gusta, keycapy są wyjątkowe i z czymś takim nie spotykamy się zbyt często, podświetlenie fantasycznie dopełnia całość swoją obecnością nie tylko pod klawiszami, ale też po bokach, a sposób montażu poliwęglanowej płyty w obudowie plasuje K1 ligę wyżej od całej konkurencji genialną realizacją i możliwością wyboru pomiędzy gasketem i top mountem.
Banały też się tu znajdą, bo mamy opcję łączności bezprzewodowej przez Bluetooth i 2,4 GHz w połączeniu z bardzo dobrą żywotnością na jednym ładowaniu akumulatora, przełączniki liniowe są gładziutkie i co za tym idzie przyjemne w użytkowaniu, a jeżeli nie przypadną nam do gustu, to sobie je wymienimy za sprawą hot-swap’a. Stabilizatory brzmią poprawnie, dodatkowa funkcjonalność w postaci rolki do regulacji głośności sprawdza się w praktyce nieźle, choć czasami nie łapie sygnałów, a ergonomia jako taka stoi na wysokim poziomie. Jedyne co mi wadzi to oczywiście format 75%, ale biorąc pod uwagę rozłożenie klawiszy i oddzielenie rzędu funkcyjnego większości użytkowników zdecydowanie przypadnie do gustu. Pianek jest multum, co niektórym się podoba, ale moim zdaniem jest to najsłabsze ogniwo całej klawiatury, bo o ile wpływ na akustykę jest nie do przeoczenia, to fatalny wpływ na feeling jest w mojej opinii dużo ważniejszy i wolałbym nie mieć tu żadnego wypełniacza i zyskać genialny poziom flexu tudzież bounce’u, w zależności od użytej metody montażu.
No nie mogę się przestać zachwycać tym produktem. GravaStar odwalił kawał dobrej roboty, oferując nam coś wizualnie dotychczas niespotykanego, nie oszczędzając przy tym na całej reszcie specyfikacji. Najbardziej kupiła mnie chyba ta podatność na modyfikacje i w ogóle realizacja gasketa, bo nieczęsto spotyka się w pre-builtach tak dobrze przemyślany montaż uszczelkowy i choćby cień możliwości zmiany sposobu montażu. Za 600 złotych jest to po prostu coś niebywałego i cieszę się, że mogę żyć w czasach, gdzie takie rozwiązania mogą niebawem stać się standardem, o ile klienci pokażą, że tego właśnie chcą. Mam natomiast wątpliwości czy jest to do końca odpowiedni model do wybrania mając do dyspozycji inne modele oferowane przez tę samą markę. Choć nie miałem z nią kontaktu, to osobiście chyba wolałbym po prostu dopłacić do wersji Pro, bo jest ona po prostu kompletniejszym wariantem bez żadnego chodzenia na skróty, ale jeśli wolicie oszczędzić parę groszy, chcecie nieco lżejszą klawiaturę, albo nie macie miejsca na biurku na te gigantyczne nóżki do regulacji kąta nachylenia obecne w K1 Pro, to bierzcie GravaStar Mercury K1 w wersji podstawowej bez zastanowienia, a na pewno się nie zawiedziecie. Gorąco polecam, bo to wreszcie jakiś nowy koncept na rynku, a nie ciągle ten minimalizm i elegancja 😉