Recenzja Keychron Q1 V1 Navy (Gateron Phantom Red)

Królem, jeśli chodzi o pierwszą klawiaturę „DIY”, za czasów mojego wkraczania do hobby było Tofu60. To prosta w budowie 60-tka, którą w dodatku złożyć można było za relatywnie niewielkie pieniądze. Czasy się jednak zmieniły i teraz nowicjusze w hobby klawiaturowym mają do wyboru o wiele więcej opcji w o wiele niższych cenach. Jedną z tych firm, które kierują swoje produkty do osób dopiero zaczynających interesować się tematem, jest Keychron.

Znani są oni głównie z bardzo interesujących klawiatur skierowanych do osób pracujących przed komputerem, ale od niedawna wydają również serię Q, która ma oferować jak najwięcej cech docenianych przez prawdziwych entuzjastów. Seria ta sprzedawana jest w dwóch wariantach: kompletnie złożonym z zainstalowanymi przełącznikami i keycapami, albo „barebones”, czyli obudowa z PCB, płytką montowniczą i stabilizatorami. Do tego drugiego musimy osobno dokupić przełączniki i keycapy, a ten pierwszy wystarczy podpiąć do komputera i już jesteśmy w stanie z niego korzystać. Ja postanowiłem przetestować pierwszy z tej serii model, czyli Keychron Q1, w wersji w pełni złożonej. Czy jest to dobry wybór na start w hobby? Dziś odpowiem na to pytanie. Zapraszam do lektury!

Keychron Q1
Wybrałem wariant niebieski, bo lubię ten kolor.

Opakowanie

Klawiaturę otrzymujemy w pudełku o mocno minimalistycznym stylu. Na froncie znalazł się wyłącznie rysunek konturowy obrazujący układ produktu. Ponadto dzięki napisom poznajemy nazwę modelu oraz krótkie hasło mające przedstawić potencjalnemu klientowi cel tej klawiatury.

Na tyle widnieje render dwóch wersji kolorystycznych: szarej i czarnej, ale co ciekawe nie niebieskiej, czyli tej wybranej przeze mnie. Na lewo od niego wypisane zostały najważniejsze, według producenta, cechy i ich krótki opis. Są to:

  • rozmiar 75%,
  • kompatybilność z Mac i Windows,
  • wsparcie open source’owego oprogramowania QMK VIA,
  • montaż płytki montowniczej typu „gasket mount”,
  • stabilizatory przykręcane na śrubki do PCB,
  • obudowa wykonana z aluminium 6063,
  • absorbująca dźwięk pianka.

Akcesoria

Wewnątrz pudełka, poza samą klawiaturą, otrzymujemy bogaty zestaw akcesoriów. Jako iż jest to DIY kit, do którego modyfikowania jesteśmy wręcz zobligowani przez przeznaczenie tego produktu, to nie mogło zabraknąć śrubokręta i imbusa do wszystkich śrubek, których użyć można do rozkręcenia tej konstrukcji. Dostajemy też druciany keycap puller i mały metalowy switch puller, które są dość wygodne i raczej nie potrzeba ich wymieniać.

Znalazł się tu również pakiet keycapów zastępczych z nadrukami odpowiadającymi funkcjom w systemie Mac, a także kilka zapasowych śrubek i piankowych pasków będących tutaj uszczelkami do montażu „gasket mount”. Z papierologii otrzymujemy instrukcję obsługi, małą fiszkę informującą jak prawidłowo wkładać przełączniki oraz dużą fiszkę z obrazkowymi instrukcjami, i ich opisami, jak korzystać z klawiatury.

Producent dając nam w zestawie narzędzia do rozebrania klawiatury zachęca nas do zrobienia tego.

Kabel

Producent zapewnia nam również dopasowany kolorystycznie przewód, który podzielony jest na dwie części za pomocą złącza, prawdopodobnie GX12, zaś jedna z nich została specjalnie zakręcona w spiralę na wzór starych kabli, takich jak w telefonach stacjonarnych. Kabel ten ma z obu stron złącza USB-C, natomiast Keychron dodaje przejściówkę z USB-C do USB-A na wypadek gdybyśmy nie posiadali w komputerze wejścia na to pierwsze.

Cały przewód został opleciony ciemnoniebieskim materiałem, który perfekcyjnie pasuje do granatowej klawiatury, natomiast niestety spirala została wykonana niezbyt starannie, a sam kabel dziwnie układa się na biurku, przez co osobiście nie byłem w stanie z niego korzystać. Jasne, to świetny dodatek do klawiatury, bo kable tego typu potrafią kosztować ponad sto złotych za sztukę, natomiast jeśli jest on takiej jakości, to jako klient wolałbym raczej redukcję ceny.

Całość jest nawet zwinięta brandowanym logiem Keychrona organizerem do kabli.

Od góry

Na pierwszy rzut oka zauważyć można, że jest to klawiatura w rozmiarze 75%, a zatem jest mniejsza niż TKL, ale posiada funkcjonalność bardzo do niego zbliżoną za sprawą upchania wielu klawiszy w stosunkowo niewielkim metrażu. Na drugi rzut oka widać jednak, że klawisze nie są skompresowane w jeden blok bez przerw, a są oddzielone od siebie przerwami. Nazywa się to „exploded 75%”, ponieważ sekcje są rozrzucone tak jakby po wybuchu. Jest to w mojej opinii o wiele wygodniejsza forma tego rozmiaru, gdyż przy korzystaniu z „nie-exploded 75%” miałem problemy, które sprawiał brak pamięci mięśniowej do kompletnie inaczej zaprojektowanego układu, który nie daje żadnych wskazówek jak z niego wygodnie korzystać.

Sekcje, które wydziela recenzowana klawiatura to rząd klawiszy funkcyjnych i umieszczone po prawo od nich Delete oraz Insert, strzałki w prawym dolnym rogu oraz trzy klawisze nad nimi: PageUp, PageDown i Home. Oczywiście działanie poszczególnych klawiszy możemy dowolnie modyfikować, natomiast producent w podstawowej formie zapewnił nam taki układ i uważam go za odpowiedni.

Możemy również zakupić tę klawiaturę w dwóch innych wariantach: z odznaką w miejscu Inserta, której wygląd jesteśmy w stanie skonfigurować, a także z pokrętłem do regulacji głośności w tym samym miejscu. Niestety nie otrzymamy tych wersji z polskiej dystrybucji. Szkoda, bo bardzo chętnie wybrałbym na testy tę z potencjometrem i przetestował jego działanie.

Keychron Q1 ma bardzo szeroką ramkę dookoła klawiszy, która sprawia wrażenie korzystania z bardzo masywnej klawiatury. Przerwy pomiędzy sekcjami są nieco węższe, co idealnie pasuje do tej estetyki. Cała obudowa wykonana została z anodyzowanego aluminium 6063 i wycięta metodą CNC. W moim przypadku kolor to ciemny niebieski, jednak do wyboru są też czarny i szary.

Anodyzacja jest mocno ziarnista i zależnie od światła potrafi mieć kompletnie inny odcień niebieskiego, co z resztą świetnie obrazuje poniższe zdjęcie. Ze względu na ziarnistość mocno się też ona mieni gdy poświecimy na nią bezpośrednim światłem. Osobiście nie jestem fanem anodyzowanego aluminium i o wiele bardziej podoba mi się wykończenie malowaniem proszkowym czy też za pomocą elektroforezy. Pod względem jakości wykończenie to jest poprawne i raczej nie ma sensu oczekiwać niczego więcej w tym przedziale cenowym.

Wycięcia na klawisze są delikatnie zaokrąglone w rogach, a także mają lekkie uskoki do wewnątrz. Sama bryła obudowy wygląda podobnie – delikatne zaoblenia w rogach i ledwie dostrzegalne, lecz skutecznie chroniące nasze palce przed zacięciami, uskoki na zewnątrz. Nie znajdziemy tu nigdzie miejsca na diody informujące o włączeniu CapsLocka itp., choć moim zdaniem spokojnie można było wepchnąć je na przykład nad prawą strzałką, gdyż tam znajduje się niezagospodarowana przestrzeń.

Zawsze lubiłem klawiatury z szerokimi „bezelami”.

Od spodu

W przeciwieństwie do większości klawiatur mainstreamowych, na spodzie dzieje się w tym przypadku niewiele. Jest to płaska powierzchnia, na której znajdziemy jedynie cztery okrągłe gumki antypoślizgowe, które co ciekawe są granatowe, a więc pasują do kolorystyki klawiatury. Nie znajdziemy tu niestety rozkładanych nóżek, które podwyższyłyby kąt nachylenia klawiatury. Mówię niestety, bo Keychron Q1 ma jedynie 5 stopni nachylenia, a to zdecydowanie za mało abym był w stanie komfortowo korzystać z klawiatury.

Z tej perspektywy jesteśmy też w stanie zobaczyć osiem pozłacanych śrubek typu hex, które łączą dolną część obudowy z górną. Producent nie stara się ich w żadnym stopniu ukryć, a wręcz je eksponuje. Nie ukrywam, że podoba mi się takie rozwiązanie, bo złoty idealnie komponuje się z ciemnoniebieskim.

Ze względu na relatywnie niską cenę nie otrzymujemy żadnej wagi mosiężnej czy stalowej, więc cały spód jest aluminiowy, ale mimo to Keychron Q1 waży 1622 gramy.

Od boku

Ciekawie zaczyna się robić gdy spojrzymy na Keychron Q1 z każdego z czterech boków. Od frontu zauważyć można, że pozłacane śrubki nieco wystają i da się je z łatwością dostrzec z tej perspektywy. To ciekawy design i w mojej opinii wygląda świetnie. Na dodatek widoczne jest, że klawiatura ta nie należy do przesadnie wysokich, co jest moim zdaniem pozytywną wiadomością i w pewnym stopniu rekompensuje niski kąt nachylenia.

Od tyłu ukazuje nam się podobny widok, gdyż tam również główki śrubek lekko wystają tworząc ciekawą estetykę. Umieszczone zostały tam również port USB-C i przełącznik trybów Mac/Windows tuż obok. Ciekawym jest, że nawet ten przełącznik jest z anodyzowanego aluminium. Szkoda, że zostały one ulokowane na skrajnym boku tyłu klawiatury, a nie wyśrodkowane, ale pewnie w ten sposób wygląda to lepiej (choć ja wolałbym przełącznik na spodzie, a port USB-C wycentrowany na tyle).

Z profilu od razu w oczy rzuca się jak wyprofilowana została obudowa. Cała spodnia część jest pochylona w kierunku użytkownika, zaś ta górna jest płaska i nachodzi na nią tworząc tak zwany „seamless design”, czyli miejsce łączenia tych elementów jest skutecznie ukryte i nie rzuca się w oczy. Obudowa ma również wiele łagodnych ścięć do wewnątrz, przy czym to na tyle jest szczególnie duże i sprawia, że tył klawiatury unosi się nad biurkiem zamiast go dotykać.

Oczywiście jest to produkt stworzony dla ludzi chcących poczuć chociaż w minimalnym stopniu jak to jest mieć dobrze wykonaną klawiaturę, więc przełączniki zostały osłonięte przez obudowę. Nie uświadczymy tu więc paskudnego floating-key designu, który kompletnie popsułby wygląd klawiatury.

Wnętrze

Magia klawiatur DIY to jednak ich wnętrze. Keychron Q1 skręcony jest na osiem śrubek, w których odkręceniu pomoże nam dołączony do zestawu imbus. Obudowa dzieli się na dwie części: dolną i nachodzącą na nią górną. Całość jest zaprojektowana bardzo mądrze, gdyż w dolnej części umieszczone zostały okrągłe wyrostki, zaś w górnej dziurki na nie. Dzięki temu po nałożeniu góry na dół nie musimy martwić się, że po skręceniu całości któryś z elementów będzie nierówno, gdyż wyrostki mają nas przed tym właśnie uchronić i ustawić obie części perfekcyjnie względem siebie.

Cały spód wyłożony został grubą warstwą pianki, której celem jest pochłanianie wszelkich wibracji i rezonancji, natomiast nie radzi sobie ona z tym zbyt dobrze. W rogu górnej części znalazło się także miejsce dla małej płytki-córki, na której umieszczony został port USB-C i przełącznik trybu. Połączona jest ona z głównym PCB za pomocą złącz JST i krótkiego kabelka, którego jest na styk. W spodzie obudowy została nawet wycięta specjalna szczelina na ten przewód aby nie został on tam zgnieciony.

Irytuje mnie wypychanie klawiatur po brzegi pianką.

PCB

Oczywiście wewnątrz obudowy nie mogło zabraknąć PCB i płyty mocującej, ale ten temat pozwoliłem sobie zostawić na osobne akapity. Ta pierwsza jest pokryta czarnym laminatem i zamontowane zostały w niej gniazda hot-swap, które pozwalają na swobodną wymianę przełączników bez potrzeby korzystania z lutownicy. W dodatku jest ona kompatybilna zarówno z przełącznikami 5-pin jak i 3-pin, gdyż posiada dodatkowe dziurki na plastikowe nóżki stabilizujące obecne w pięciopinowych switchach. Na ogół spotkać możemy się z gniazdami produkowanymi przez Kaihua, natomiast w tym przypadku jest to Gateron. W praktyce kompletnie nic to nie zmienia, ale ciekawym jest, że kolejne firmy zaczynają wprowadzać alternatywy na rynek.

Wsparcie otrzymały również stabilizatory montowane do płytki drukowanej, zarówno te na klipsy, jak i te przykręcane śrubkami. Mikrokontroler użyty w tym PCB to z kolei bardzo popularna ATmega32u4. Tuż pod spacją od górnej strony płytki znalazł się dodatkowo przycisk reset, który może nam się przydać gdyby coś poszło nie tak z wgrywaniem pliku z układem.

Płytka drukowana jest przykręcona do tej montowniczej za pomocą sześciu w miarę równomiernie rozmieszczonych śrubek. To niestety generuje tak zwane „hard spoty”, które są po prostu miejscami gdzie stuknięcie jest twardsze, a to z kolei tworzy nierównomierną charakterystykę pisania na klawiaturze. Niestety jednak takie przykręcenie jest wymagane, gdyż PCB hot-swap nie ma jak inaczej utrzymać się w powietrzu jeśli przełączniki nie są do niej przylutowane.

Sposób montażu

Płyta mocująca wykonana została z aluminium pomalowanego na czarno i zamontowana w obudowie na tak zwany „gasket mount”. W ostatnich latach określenie to zaczęło być dwojako rozumiane i aktualnie każda klawiatura, w której płyta mocująca jest odizolowana pianką, silikonem, czy jakimkolwiek innym materiałem nie będącym metalem, nazywana jest „gasket mounted”. Według mnie o wiele lepszym określeniem na to, z czym mamy do czynienia w Keychron Q1, jest „isolated compression mount”, ponieważ paski pianki (prawdopodobnie poron) są skompresowane z obu stron przez części obudowy, więc „compression”, i oddzielają ją od płyty mocującej, więc „isolated”.

Pomijając jednak kwestie nazewnictwa, możemy przejść do tego co najważniejsze, czyli jak działa ten montaż i czy jest przyjemny w użytkowaniu. Jednym z celów implementowania „gasket mount” do klawiatury jest podążanie za trendem miękkiej charakterystyki pisania, która generowana jest przez uginającą się pod naciskiem płytę mocującą. Dobrze zaprojektowane uszczelki pozwalają na poziomy i równomierny ruch płyty podczas pisania, natomiast te w omawianej klawiaturze do takich niestety nie należą. Co prawda piankowe uszczelki są bardzo wysokie i powinny w teorii zapewniać wysoki poziom uginania, ale za sprawą wypchania obudowy grubą warstwą pianki wszystko zostało zaprzepaszczone. Widzicie, żeby płyta się uginała, to musi mieć na to miejsce. Jeśli jednak obudowa jest wypełniona po brzegi pianką, to nie ma miejsca na jakikolwiek ruch. Oczywiście po pozbyciu się intruza z obudowy płyta momentalnie zaczyna się uginać. Porównałem więc przyjemność z pisania na tej klawiaturze zarówno z jak i bez pianki w obudowie.

Wolałbym gdyby zamiast pianki użyty był tutaj silikon.
Z pianką

Za sprawą użycia płyty wykonanej z metalu można się było spodziewać, że bottom-out będzie dosyć solidny, natomiast po odpakowaniu klawiatury oczekiwałem nieco delikatniejszej charakterystyki. Po napisaniu pierwszego zdania na niej zderzyłem się jednak z twardą rzeczywistością, dosłownie. Momentalnie na myśl przyszedł mi mój Monstargear XO V3, który wyposażony jest w płytę mocującą z mosiądzu i korzysta z „top mount”, który nie jest raczej kojarzony z uginaniem.

Porównać można to wrażenie ze stukaniem palcami o twardy drewniany blat albo betonową ścianę. Osobiście jestem fanem takiego twardego uderzenia podczas pisania, więc nie przeszkadzała mi w żadnym stopniu domyślna charakterystyka tej klawiatury, natomiast uważam, że jeśli już decydujemy się na produkt z „gasket mountem”, znanym z uginania, to powinniśmy taki właśnie efekt uzyskać.

Zauważcie, że gdy naciskam na klawisze, to ugina się cała klawiatura za sprawą giętkich silikonowych nóżek na spodzie obudowy, ale płyta ani drgnie.
Bez pianki

Pierwsze co zauważyłem po wyjęciu pianki to wbrew pozorom nie uginanie, a bardzo wyraźne wibracje. W trakcie pisania czuję pod palcami jak płyta wibruje i oddaje mi część siły uderzenia, ale nie tak jak przy upadku na twardy beton, a bardziej jak podczas skakania na trampolinie. Jest to jednak uczucie bardzo delikatne i po chwili przyzwyczajania praktycznie zanika. Szczególnie mocno czuć je jednak w przypadku spacji.

Poza tym rzecz jasna płyta ugina się przy każdym stuknięciu palcem w klawisz, co zmiękcza charakterystykę i ma się wrażenie pisania na czymś delikatniejszym niż aluminium. O wiele bardziej podoba mi się uginanie jak w Mr. Suit, gdzie projektanci postawili na maksymalizację tego zjawiska, jednak w przypadku Keychrona Q1 wcale nie jest jakoś tragicznie i da się polubić jego charakterystykę w tej formie jaką oferuje bez pianki w obudowie.

Co prawda na filmie naciskam bardzo mocno, ale podczas pisania również czuć to uginanie.

Keycapy

Ogromnym zaskoczeniem są dla mnie użyte w omawianej klawiaturze nakładki. Normalnie w takim produkcie spodziewałbym się czegoś niskiej jakości, a jednak Keychron dostarcza nam naprawdę świetne keycapy wykonane z tworzywa ABS, które uchodzi za nieco mniej wytrzymałe od PBT, gdyż gorzej radzi sobie z czynnikami zewnętrznymi. Nie zaleca się zatem mycia keycapów ABSowych we wrzątku, zaś podczas standardowego użytkowania musimy liczyć się z tym, że ich powierzchnia dosyć szybko wytrze się z domyślnej faktury i będzie gładka. Na szczęście te zamontowane w Q1 fabrycznie są bardzo gładkie, więc nie powinniśmy poczuć znaczącej różnicy po dłuższym użytkowaniu.

Kolorystyka zależna jest od wybranego wariantu kolorystycznego klawiatury, więc w moim przypadku keycapy mają granatowe modyfikatory z białymi napisami i ikonami, białe klawisze alfanumeryczne z czarnymi znakami oraz czerwony akcent z czarnym napisem w miejscu Esc. Niestety nakładki tyldy i pipe (\|) mają niepoprawny kolor, gdyż są to klawisze alfanumeryczne, a nie modyfikatory.

Użyta w przypadku tego zestawu metoda nadruku to double-shot, a zatem bryła nakładki wykonana jest z osobnej części plastiku niż znaki. To sprawia, że legendy są częścią struktury keycapa, przez co nigdy się z niego nie zedrą. Z tego powodu technika ta uznawana jest za najwytrzymalszą do produkcji nakładek. Krój pisma jest bardzo minimalistyczny i używa wyłącznie małych liter na modyfikatorach, jednak sekcja alfanumeryczna i rząd klawiszy funkcyjnych korzysta już z wielkich. Nadruki są wycentrowane w górnej części keycapów z nieznanego mi powodu, bo każdy dobrze wie, że poprawna lokacja to lewy górny róg. Legendy są generalnie dosyć równe i jednolite, jedynie bardziej skomplikowane znaki (jak $ czy @) odstają nieco jakością. Modyfikatory, poza klawiszem Windows, Enterem i Backspace, korzystają ze słownego określenia ich funkcji, natomiast te trzy wspomniane są reprezentowane przez ikony: strzałki i skierowane w niepoprawnym kierunku logo Windowsa.

Profil tych keycapów to popularny OEM, który napotkać możemy właściwie w prawie każdej klawiaturze mainstreamowej. Jest on nieco wyższy niż Cherry i ma delikatnie wyprofilowaną powierzchnię. Co ciekawe Keychron bardzo bierze sobie do serca wsparcie dla systemu Mac i dostosował specjalnie cały rząd klawiszy funkcyjnych właśnie pod ten system, przez co „e-Fy” wyglądają jakby były funkcją podrzędną, a nad nimi królowały jakieś śmieszne ikonki multimedialne. Na dodatek strzałka w górę ma taki sam prostokątny wyrostek co F i J co jest dziwną decyzją i nie wiem czemu konkretnie ma służyć.

Stabilizatory

Na pochwałę zdecydowanie zasługują użyte tu nowe stabilizatory od firmy Gateron oraz ich fabryczne nasmarowanie przez producenta. Ze względu na kompatybilność PCB ze stabilizatorami montowanymi do niego otrzymujemy domyślnie właśnie taki wariant, który w dodatku przykręcony jest do płytki drukowanej śrubkami. Typ ten nazywany jest „screw-in”. Ich obudowy mają kolor czarny, natomiast trzony – biały. Gwinty są metalowe i zatopione w obudowie, więc śrubka nie rozerwie plastiku przy zbyt mocnym dokręceniu śrubek.

Na druciki nałożony został biały smar, który skutecznie niweluje jakikolwiek niepożądany szelest i klekot. Zdawać by się mogło, że tak mała ilość lubrykantu ulokowanego na niezbyt optymalnej części drucika nie będzie w stanie kompletnie zamaskować niechcianych odgłosów, a jednak tuż po odpakowaniu klawiatury pozytywnie się zaskoczyłem. Wszystkie klawisze stabilizowane brzmiały idealnie i nie było słychać spod nich żadnego grzechotu. Dopiero po tygodniu testów niektóre z nich zaczęły delikatnie cykać czy brzdąkać, natomiast podejrzewam, że wystarczy ręczne poprawienie smarowania i ewentualne wyrównanie drucików, a zmiana na lepsze będzie natychmiastowa.

Mainstreamowe firmy powinny uczyć się od Keychrona jak dbać o stabilizatory!

Przełączniki

Do wyboru mamy trzy modele przełączników z serii Phantom od producenta Gateron. Są to standardowo: Red, Brown i Blue. Ja na testy wybrałem wariant o charakterystyce liniowej, a więc czerwony. Cały przełącznik utrzymany jest w czerwonej kolorystyce, przy czym spód nie jest prześwitujący, a góra już tak. Nie wiemy nic o użytych w nim materiałach, zatem podejrzewać można tylko, że trzon jest z polioksymetylenu, góra obudowy z poliwęglanu, a jej spód z nylonu.

Liniowość polega w nim na braku żadnych przeszkód podczas wciśnięcia. Trzon idzie gładko w dół i nie ma tu żadnego sprzężenia zwrotnego informującego palec o aktywacji klawisza. Jedyny opór stawia więc sprężyna. Ta jest z kolei standardowej długości i wymaga od nas użycia 45 gramów siły aby dosięgnąć aktywacji, która odbywa się w połowie skoku – na drugim milimetrze. Cała podróż trzonu wynosi standardowe 4 mm.

Są one do tego stopnia czerwone, że aż nie pasują do tej klawiatury.

Na pierwszy rzut oka zauważyć można, że są to przełączniki pochodzące z odświeżonych form, gdyż szpara na diodę w górnej części obudowy ma po środku taki jakby mostek, przedziałek, zaś logo Gateron jest skierowane w błędną stronę. Dodatkowo są to przełączniki fabrycznie smarowane i to do takiego stopnia, że lubrykant dosłownie się z nich wylewa i zostaje na płycie mocującej. Sprawia to jednak, że mamy do czynienia z niezwykle gładkimi liniowcami, na których pisanie jest czystą przyjemnością. Tarcie jest praktycznie niewyczuwalne, dzięki czemu korzystało mi się z tych switchy naprawdę świetnie i raczej nie wymieniłbym ich na żadne inne liniowce gdybym zdecydował się na zakup tej klawiatury.

Podejrzewam, że sprężyna wymaga od nas około 65 gramów siły aby doprowadzić trzon do samego dołu, a więc jest to perfekcyjne wyważenie pod moje palce. Szkoda natomiast, że pomimo wsparcia klawiatury dla przełączników pięciopinowych, te Gaterony nie posiadają dodatkowych dwóch nóżek stabilizujących. Nie cierpią one na tym jakoś szczególnie, bo w płycie mocującej siedzą tak ciasno, że ledwo byłem w stanie wyjąć niektóre z nich, ale i tak miło byłoby otrzymać taki bonus gdyby ktoś chciał ich użyć w innej klawiaturze. Ponadto trzon nie buja się przesadnie na boki pod naciskiem, gdyż odświeżone formy zmniejszyły znacząco wobble w przełącznikach tego producenta.

Od środka wyglądają one jak typowy przełącznik Gaterona, a jednak diabeł tkwi w szczegółach.

Brzmienie

Dzięki fabrycznemu smarowaniu sprężynki w tych przełącznikach nie wydają z siebie żadnego metalicznego pogłosu, zaś stuknięcie trzonu o spód obudowy jest o wiele żywsze i czystsze niż gdyby ten sam model wysuszyć z lubrykantu. Niestety bardzo negatywny wpływ na akustykę ma obudowa Q1, gdyż okropnie ona rezonuje. Nawet użycie dwóch grubych warstw pianki pod i nad PCB nie jest w stanie zniwelować tego zjawiska. Wszystkiemu winny jest słaby projekt klawiatury, natomiast widziałem filmy twórców, którzy wymieniali piankę na „sorbothane” i efekt był nieziemski. Niektórzy stosują też tak zwany „force break mod”, który również pozbywa się wszelkiej rezonancji.

Mimo wszystko uważam, że producent powinien zadbać o produkt i wykonać go poprawnie, aby uniknąć potrzeby wypełniania obudowy materiałami absorbującymi niepożądane dźwięki. Bez odpowiednich modyfikacji nie jesteśmy bowiem w stanie uzyskać dźwięku pozbawionego tego metalowego pogłosu, a uwierzcie mi, że jest on tak donośny, że prawdopodobnie całe mieszkanie go słyszy. W ten sposób zaprzepaszczona jest cała idea kupowania tej klawiatury w formie już w pełni złożonej, bo przecież i tak musimy ją otworzyć żeby wyeliminować wady.

Nie, obudowa nie powinna tak brzmieć gdy stukamy w nią paznokciem.

Hot-swap

Jak wspomniałem wcześniej, użyte tutaj PCB posiada gniazda hot-swap marki Gateron, które pozwalają na wymianę przełączników bez potrzeby odlutowania poprzedniego i przylutowania nowego. To ostatnimi czasy popularny dodatek i nic dziwnego, że trafił również do klawiatury stawiającej na modyfikacje. Wymiana przełączników jest właściwie podstawową modyfikacją, na którą decyduje się najwięcej entuzjastów.

Działanie takich gniazd oparte jest o metalowe szparki, w które wsuwane są piny przełączników. Za sprawą kontaktu metalu z metalem dochodzi do przepływu prądu. Gniazda te mogą się z czasem zużyć, natomiast ja nie miałem jeszcze w swojej karierze okazji tego doświadczyć. Miłym gestem jest też ulokowanie ich w północnej części przełącznika, przez co LEDy są po przeciwnej stronie. To sprawia, że mamy tu do czynienia z „south facing” diodami, dzięki czemu nie powinniśmy bać się o kolidowanie obudowy przełączników z keycapami o profilu Cherry.

Wisienką na torcie jest z kolei obecność dwóch dodatkowych dziurek na plastikowe piny w przełącznikach 5-pin. Dzięki temu jesteśmy w stanie umieścić tutaj dowolne przełączniki MX style bez potrzeby ówczesnego modyfikowania ich poprzez obcinanie dodatkowych nóżek.

Włożyć można tu dowolne przełączniki MX style – Gaterony, Outemu, Kailh itp.

Podświetlenie

Fanem świecidełek nigdy nie byłem i mam nadzieję, że nie będę, natomiast to z czym spotkałem się w przypadku Keychrona Q1 to jakaś porażka, którą należy potępić. Producent tłumaczy, że przez kolory obudów przełączników podświetlenie może zmieniać swoją barwę i w przypadku wariantu Red będzie miało „efekt lawy”. Problem jest jednak taki, że jeśli spróbujemy użyć koloru innego niż czerwony z czerwonymi przełącznikami, to nie otrzymamy nic. Prześwitujący materiał skutecznie przefiltruje wszystkie kolory, które nie są czerwonym i nie przepuszczą ich dalej.

To powoduje, że nie byłem w stanie ustawić niebieskiego (a więc tego najlepiej pasującego do mojego wariantu klawiatury) koloru, bo zwyczajnie nie było go widać. Nie mogłem też przetestować jak wygląda biały, bo został on momentalnie zmieniony w czerwień. Jedyny sposób na poradzenie sobie z tym problemem to wymiana przełączników na inne, przepuszczające poprawnie światło, ale ja wolałem po prostu wyłączyć diody. Z resztą keycapy i tak nie mają prześwitujących literek, zatem podświetlenie przedostaje się wyłącznie szczelinami pomiędzy nimi. Dla mnie to więc żadna strata.

Oprogramowanie

W przeciwieństwie do większości firm na rynku, Keychron postawił na znany wśród entuzjastów firmware, którym jest QMK. Q1 jest w dodatku kompatybilny z VIA – graficznym narzędziem do konfiguracji klawiatury wspierającej QMK. Po uruchomieniu oprogramowania jesteśmy w stanie dowolnie zmieniać działanie wszystkich klawiszy „w locie”, również tych pod warstwą uruchamianą przytrzymaniem klawisza FN.

Warto zaznaczyć, że użytkownicy trybu Mac mają do dyspozycji warstwy 0 i 1, zaś trybu Windows 2 i 3. Dałem się na to złapać i z początku myślałem, że mój egzemplarz nie chce współpracować i nie daje się konfigurować przez program.

Jesteśmy tu też w stanie nagrać proste makra, a także w teorii ustawić podświetlenie. Niestety w momencie wejścia w zakładkę „Lighting” wita nas pusty granatowy ekran, który zmusza nas do wyłączenia aplikacji. Niestety jesteśmy z tego powodu skazani na ustawianie LEDów przez skróty klawiszowe, natomiast moim zdaniem jedyny, który nam się przyda, to ten kompletnie je wyłączający.

VIA to świetne rozwiązanie, ale nie radzi sobie z podświetleniem.

Keychron Q1 – ocena końcowa

Gdy wkraczałem do hobby w cenie Keychrona Q1 dało się zbudować miernej jakości 60% klawiaturę z „tray mount” albo płytą mocującą zintegrowaną z obudową, na najtańszych przełącznikach i keycapach. Teraz czasy są kompletnie inne i za 800 złotych dostajemy w pełni zbudowany produkt z masą akcesoriów, w praktycznym rozmiarze, na wyśmienitej jakości przełącznikach i dosyć dobrych keycapach. Niestety dźwięk pozostawia wiele do życzenia, a podświetlenie jest wręcz bezużyteczne z domyślnymi switchami, ale poza tymi dwoma aspektami nie zauważam większych wad w tym modelu.

Jest to po prostu naprawdę dobrze wykonany „wstęp” do hobby, który pozwala poczuć nam namiastkę tego co oferują klawiatury za czterocyfrowe kwoty. Mi osobiście podobało się bardzo korzystanie z Keychrona Q1 i byłbym go w stanie polecić każdemu kto poszukuje klawiatury w tym rozmiarze z aluminiową obudową, gładkimi liniowcami, hot-swapem, dobrymi stabilizatorami i przyjemnymi w użytku keycapami. Nie będzie to natomiast produkt, który trafi do ludzi szukających giętkiej charakterystyki, gdyż do tego celu musielibyśmy pozbyć się pianki z obudowy, a i tak efektem są bardziej wibracje niż giętkość. Nie polecam go również nikomu kto stawia przede wszytkim na brzmienie, bo tak bardzo rezonującej obudowy nie spotkałem jeszcze nigdy w swoim życiu. To nie jest zły dźwięk, tylko katastrofalny. Bóg mi świadkiem, że nie jestem w stanie używać tej klawiatury bez słuchawek na lub w uszach.

Potknięcia tego typu są jednak normalne gdy producent chce zaoferować konsumentowi jak najwięcej cech premium, ale musi upchnąć to w relatywnie niskiej cenie. Mimo wszystko uważam, że nie ma aktualnie na polskim rynku lepszej opcji w tym budżecie jeśli chodzi o klawiatury 75% z aluminium.